sobota, 15 maja 2010

10 powodów dla których WARTO pojechać na EVS


1. Bo nic Cię to nie kosztuje, możesz zobaczyć kawałek świata, nie mając żadnych oszczędności. Podróż, ubezpieczenie, kieszonkowe, mieszkanie, wyżywienie, a i często kurs językowy zostanie pokryte z programu Młodzież w działaniu.
2. Bo możesz poznać kulturę i język wybranego kraju nie tylko jako turysta będący na wakacjach.
3. Możesz robić rzeczy, które przydadzą ci się później w pracy zawodowej, albo wręcz przeciwnie - może to być pół roku albo rok odpoczynku od doczesnych spraw i zobowiązań.
4. Zdobędziesz doświadczenie, którego się nawet nie spodziewasz. Poznasz ludzi, których byś nigdy nie spotkał i będziesz robić rzeczy, o których nawet ci się nie śniło.
5. Nawiążesz kontakty z ludźmi z innych krajów (np. wolontariuszami EVS), których będziesz mógł po zakończeniu projektu odwiedzać i nie będziesz już musiał myśleć, gdzie pojechać na wakacje.
6. Bo przy okazji swojego EVS możesz zwiedzić także inne kraje, o których nawet nie odważyłeś się pomyśleć (w moim przypadku były to Bałkany - Serbia, Bośnia, Chorwacja i Słowenia).
7. Zrozumiesz bardziej swoją kulturę i zaczniesz ją doceniać (nic tak nie rozwija patriotyzmu jak przebywanie w kraju, w którym tak wiele jest irytujących rzeczy w obliczu których Polska jawi się jako raj)
8. Dowiesz się o nowych możliwościach, projektach, które będziesz mógł realizować po zakończeniu EVS
9. Poznasz bardziej siebie i swoje ograniczenia, a także odkryjesz jak jesteś silny ("Tyle wiemy o sobie ile nas sprawdzono" jak pisała noblistka. Ja nigdy nie przypuszczałam, że na Węgrzech będę łapać stopa w 5 osób, i cały wieczór rozmawiać z tubylcem po węgiersku ledwo ledwo znając ten język i robić mnóstwo innych rzeczy, o których mi się nie śniło)
10. To może być największa przygoda twojego życia (tak było w przypadku mojego EVS - najlepszy rok w życiu:)

Można pewnie wymyślić 1000 powodów. I tyleż samo kontrargumentów. Myślisz sobie, że lepiej znaleźć pracę, nie marnować roku na robienie czegoś w sumie za darmo,co pewnie nigdy ci się nie przyda. Po co jechać samemu w nieznane? Każdy ma swoje racje. Ja jednak uważam, że dużo prawdy jest w stwierdzeniu, że NAJBARDZIEJ BOIMY SIĘ NIE TRUDNOŚCI, ALE WŁASNYCH MARZEŃ.  No bo jeśli nie spróbujesz teraz, to kiedy?  Posłuchaj, jak śpiewa Tracy Chapman - if not now, then when?

Top 10 Budapesztu - subiektywnie

1. Széchenyi Fürdő - największe gorące źródła w Europie przez cały dzień można siedzieć i się nie znudzi:)
2. Cudowny widok na miasto z góry Gellerta nocą
3. Superszybka, rozbudowana sieć komunikacji miejskiej no i 3 linie metra! Zwłaszcza urokliwa linia nr 1 najstarsza na kontynencie (nie licząc wysp)
4. Baszta rybacka nocą (polecam, bo wtedy jest za darmo)
5. Bardzo duże wielokulturowe towarzystwo i silnie działająca społeczność Couch surferów
6. Rowerowa masa krytyczna (kilkadziesiąt tysięcy uczestników, w Polsce nie do pomyślenia)
7. Pyszne ciastka, których jest taka wielość, że Polskie cukiernie wydają mi się teraz monotonne
8. Cudne kamienice (z jeszcze cudniejszymi podwórkami) i żadnych blokowisk z wieżowcami w centrum!
9. Urokliwy bałagan widoczny na każdym kroku
10. Wystawki śmieci i niepotrzebnego sprzętu na ulicę, przez co przechodnie mogą się wzbogacić o nowe meble, naczynia, książki i co tylko dusza zapragnie:)

czwartek, 13 maja 2010

Jak to się wszystko zaczęło?

Zostałam poproszona o opisanie mojej drogi do EVS, więc popełnię jeszcze kilka postów na moim blogu, dla zainteresowanych:)

O EVS wiedziałam już sporo wcześniej, bo blisko związana jestem ze środowiskiem pozarządowym. Chciałam wyjechać do kraju niemieckojęzycznego, żeby podszkolić język. Nawet już rozmawiałam z jedną dziewczyną z Austrii, ale okazało się że musiałabym dopłacić sporo do tego interesu (bo wysokie koszty życia), a pieniędzy jako świeża absolwentka nie miałam. EVS był moim marzeniem i wcale nie wyglądało, że to marzenie kiedyś się spełni. Same kłody pod nogi i już myślałam, że się nie uda, bo będę musiała szukać pracy, a wiadomo że wtedy to już jak śliwka w kompot- kaplica.

Po studiach wyjechałam na rowerową pielgrzymkę camino de Santiago w Hiszpanii, po powrocie miałam szukać pracy, ale jednocześnie było we mnie ogromne pragnienie, żeby gdzieś wyjechać. Zapisałam się więc do AIESEC, żeby wyjechać na praktyki, które oferują. Jakoś się to wszystko nie kleiło, nie było ciekawych ofert, ja nie bardzo mogłam się w tym wszystkim połapać, czasem chodziłam na jakieś rozmowy
kwalifikacyjne, dawałam korki z Business English i jakoś się ciułało dalej. Bo chciałam wyjechać, już w sumie postanowiłam, że przeprowadzę się z Torunia do Poznania w styczniu i zacznę szukać tam pracy.

No i wtedy jakoś z na stronie ngo.pl, którą polecam, a którą przeglądam z przyzwyczajenia znalazłam ogłoszenie o wolnym miejscu na projekcie EVS w Budapeszcie. Ktoś zrezygnował a była już kasa na projekt. Organizacja ekologiczna, szukali kogoś, kto lubi jeździć na rowerze etc. No to pomyślałam, że akurat dla mnie. Wysłałam CV i list motywacyjny i miesiąc później byłam już w Budapeszcie. Wszystko na wariackich papierach, bo niewiele się nad tym zastanawiałam. Skorzystałam z okazji i była to najlepsza decyzja w moim życiu.

Nigdy wcześniej nie byłam na Węgrzech, w sumie nic nie wiedziałam o tym kraju, a na pożegnanie od znajomych dostałam przewodnik. Pojechałam pociągiem nocnym 18 stycznia 2009 roku. No i pierwsze zaskoczenie, jak luksusowe są kuszetki PKP:). Podobno się zagranicą docenia swój kraj, coś w tym jest.
Szoku kulturowego nie przeżyłam, w sumie wiele nas łączy Polaków i Węgrów, Budapeszt - żadna tam egzotyka. Pamiętam swoje pierwsze wrażenie - brud i syf, wszędzie walały się śmieci.

Przyjechałam na dworzec Keleti (dworce to są tam piękne:). Odebrała mnie moja mentorka i współlokatorka. Okazało się, że mieszkamy 5 min od dworca w kamienicy na 3 piętrze. Wtachałyśmy to moje bagaże z niemałym trudem. I tu kolejne zaskoczenie- piękne mieszkanie i mój piękny słoneczny i duży pokój. Ogólnie mieszkania w kamienicach w Budapeszcie, są strasznie duże a sufit to ze 4 metry nad podłogą:)
Moją współlokatorką była Amanda z Francji, która miała pracować w tej samej organizacji. Świetna dziewczyna, choć totalnie inna niż ja, ale super się przez ten nasz pobyt w Budapeszcie bawiłyśmy:)

Pierwsze dni były wprost szalone. Pierwszego dnia byłam na trzech imprezach, co mi się jeszcze w życiu nie zdarzyło. Najpierw poszłyśmy do Zofi - organizacji goszczącej załatwić formalności i się przywitać - w sumie nie miałam żadnych oczekiwań, więc było ok. A wieczorem okazało, się, że idziemy z Amandą na lekcję węgierskiego do Messzelato - także organizacji ekologicznej, w której wolontariusze uczą EVSowców. W tej organizacji poznałam większość swoich przyjaciół w Budapeszcie, i dzięki niej przeżyłam najlepszy rok w życiu. Okazało się, że akurat tego dnia kiedy przyjechałam jest parapetówka w nowym biurze Messzelato, w kamienicy. Poszłyśmy i było super poznałam tylu ludzi, że trudno było spamiętać:) Jak impreza się skończyła to poszłyśmy spotkać się z dwiema Polkami, które akurat kończyły Erasmusa, a potem jeszcze do knajpy:)

Dawno nie spędziłam tak intensywnego tygodnia jak ten mój pierwszy w Budapeszcie:) Mnóstwo ludzi, mnóstwo modnych tam domówek, na których nikogo się nie zna, a jednak można gadać całą noc. Taka głównie była specyfika prawie wszystkich imprez na których byłam i które organizowałam w BP. Jest impreza- to się przyprowadza znajomych:)

W BP dzięki mojej mapie szybko się odnalazłam. I naprawdę bawiłam się świetnie i dobrze zorganizowałam sobie ten czas. No właśnie, moja organizacja goszcząca okazała się niezbyt przygotowana do goszczenia dwóch wolontariuszek EVS nie mieli innego pomysłu na nas niż sprzątanie itp. więc przez pierwsze miesiące pomagałyśmy w wystawie ekologicznej w centrum wystawowym a potem akurat Zofi zmieniało biuro więc, tu napiszę tylko jedno słowo REMONT, które zawiera w sobie ogrom pracy. Czyszczenie, zamiatanie, wiercenie dziur, wieczne dyskusje z Edit (bardzo niezdecydowaną węgierką z organizacji, miłośniczką jogi, organicznej żywności- no miała swój własny świat). To co w Polsce zrobiłabym w tydzień, tam robiłam w miesiąc. Ten czas był najbardziej pracowity, potem już tendencja spadkowa.

Mój projekt z założenia miał trwać 9 miesięcy. Miałam pomagać w projektach ekologicznych i dla społeczności lokalnej w 8 dzielnicy Budapesztu, czyli dla Cyganów (nie Romów, jakbyśmy chcieli powiedzieć  poprawnie politycznie, ale właśnie Cyganów, bo tak się nazywają węg. Cigany). Niewtajemniczonym powiem, że o 8 dzielnicy krążą legendy, których ja oczywiście nie znałam. Enklawa ubóstwa, getto cygańskie, kradną i mordują na każdym rogu i inne cuda na kiju. Większość to raczej bajki, bo czułam się tam bezpieczniej niż w Bydgoszczy po zmroku. 8 dzielnica znajduje się w centrum prawie BP  przy główniej linii tramwajów 4 i 6, takich ładnych żółtych z klimatyzacją:) Mieszkania są tam tanie, więc można mieszkać w centrum za małe pieniądze. Oczywiście jest mnóstwo cyganów:) Przyjechali oni tu po wojnie wysiedli na dworcu Keleti i osiedlili się tam gdzie stali (to bardzo blisko). Tu też było jedno z ognisk rewolucji w 1956 roku, do tej pory są ślady kul w ścianach kamienic nieremontowanych od lat 50. Taka była też kara za udział w powstaniu  - całkowite odcięcie od środków publicznych. Później dzielnica znana była z prostytucji, to akurat na Matyas ter - tam gdzie pracowałam, podobno była ulica czerwonych latarni i wieczorami stały prostytutki. Teraz nie widać, podobno się przeniosły do wnętrz:). Ogólnie sporo o dzielnicy dowiedziałam się dzięki Monice z Zofi, a także dzięki projektowi, który robiłam z innymi studentami na Summer University, na CEU (Universytet Środkowo Europejski - na którym studiowałam przez miesiąc podczas EVS). Dłuuga historia:)
Ogólnie dzielnica ciekawa:) Bardzo i raczej nie można czuć się tam niebezpiecznie:) Pomagałam czasem w Community Center w centrum 8 dzielnicy, czyli Ferencvaros - miasto Józefa (Wszystkie dzielnice mają nazwy, ja np. mieszkałam w 7 Erzsebetvaros- miasto Elżbiety). Bawiłyśmy się  z dzieciakami cygańskimi (które albo strasznie wrzeszczały - małe, albo miały wszystko gdzieś - starsze). Pomagałyśmy we Free market, kiedy ludzie przynosili, co im zbywało i wymieniali się z innymi. A tak to niewiele. Największe akcje są opisane na moim blogu.

Jacy są Węgrzy? Tacy, jak napisałam w tytule bloga, że czasem ręce opadają. Boją się zmian, powolnie działają, wiecznie się spóźniają, mają jakiś kompleks niższości, nie lubią zbyt kreatywnych pomysłów, wolą robić to samo, co rok temu. Nie można generalizować, poznałam totalne przeciwieństwa tego opisu. Spóźniają się jednak wszyscy, co mnie straszliwie wkurzało.

EVS to przygoda życia:) Zwłaszcza, że nie trzeba za nią płacić:) Dla mnie BP był strzałem w dziesiątkę. Ale myślę sobie, że to raczej projekt dla tych, którzy wiedzą czego chcą i są w stanie zająć się sobą. Powiedzmy sobie prawdę, większość projektów to fikcja, często pisana żeby NGO mogło się utrzymać (jak się ma 5 wolontariuszy na raz to jest to możliwe, a pracy nawet dla 1 nie ma:). No chyba, że ktoś pracuje np. w przedszkolu, to ma pracę codziennie. A jeśli nie - to mnóstwo wolnego czasu. Poznałam sporo wolontariuszy EVS na Węgrzech i tylko nieliczni faktycznie mieli co robić. Trzeba mieć wiele samozaparcia i jakiś pomysł na siebie. Miałam to szczęście, że byłam w BP- mieście możliwości. Mnóstwo innych NGOsów niż mój, z którymi robiłam fantastyczne rzeczy, chodziłam też na kurs węgierskiego sponsorowany przez Leonardo da Vinci, w sumie jakiś taki biznesowy węgierski na mega wysokim poziomie (oczywiście dużo ponad moim), współpracowałam z SCI robiąc szkolenie nt praw człowieka nad Balatonem, z 350.org, dla którego poświęciłam najwięcej czasu  będąc koordynatorką projektu w Polsce (opis na moim blogu). Moje spotkanie z 350.org możliwe dzięki Messzelato (mieli wspólne biuro i ludzi). No i po raz pierwszy w życiu poczułam, że naprawdę można zmieniać świat. Byli tacy dwaj Amerykanie z 350.org - międzynarodowego ruchu na rzecz klimatu, Will i Jeremy. Jeremy miał urodziny, robiliśmy mu niespodziankę na dachu jednej knajpy. A on następnego dnia jechał spotkać się z Kofi Annanem!! To bardzo było dla mnie mocne przeżycie:) Wzięłam też udział w niesamowitym szkoleniu Synergy (też gdzieś na blogu jest opisane).

Tak więc trzeba mieć pomysł na siebie i łatwo się nie poddawać. Najgorzej usiąść i płakać (a znałam takich). EVS to jest Twój czas i masz go przeżyć najlepiej jak potrafisz:) to Twoje jedyne zadanie. Trudniej oczywiście zrobić to na małych wioskach, więc jeśli ktoś nie ma mocnego zacięcia antropologicznego, nie pisze pracy mgr o społeczności lokalnej, do której jedzie, to z całym przekonaniem polecam większe miasta. Zawsze, jak Twoja organizacja okaże się porażką - możesz zwrócić się do innej, no i zawsze w większym mieście jest więcej innych EVSowców - Twoich potencjalnych przyjaciół:)

wtorek, 20 października 2009

No i skończyło się

Dobiegł końca mój projekt, chociaż można by się zastanowić czy był jeszcze jakikolwiek przez ostatnie 4 miesiące. Jedak z wielkim bólem (także mięśni) wyprowadziłam się z mojego mieszkania. No i tułałam się żyjąc na walizkach po znajomych. Jedyna zaleta, że przynajmniej zwiedzam te zakątki Budapesztu, do którym wcześniej nie chciało mi się iść:) to znaczy bardzo bardzo odległe:) Byłam już chyba ostatni raz w mojej organizacji - jakoś bez sentymentu bo dobrzy znajomi z nas byli żadni:) Jeszcze tylko kupię bilet i bon voyage! Zostaję jeszcze do weekendu do sławnego 24.10 Światowego Dnia Akcji na rzecz klimatu organizowanego przez 350.org . W Budapeszcie zapowiada się wspaniała akcja w Szechenyi Bath:) Nocna impreza z kręceniem filmu i muzyką na żywo. Trochę jeszcze przy tym pomagam żeby nie być totalnym darmozjadem:)

niedziela, 6 września 2009

ile osób zmieści się na podłodze?

Takie mniej więcej pytanie sobie zadawałam, kiedy oznajmiono mi, że czeka mnie 6 osobowy nalot. Zgodziłam się oczywiście, bo sama w końcu kiedyś wszystkich pozapraszałam do BP więc trzeba było jakoś nagrodzić tych, którzy mieli odwagę, żeby pokonać tą ogromnie długą trasę! Jak widać ostatnio niewiele się tu wydarzyło na tej stronce, co jednak jest zaprzeczeniem teorii jakoby w wirtualnym świecie działo się więcej niż w realu. Działo się i to wiele ale jakoś rzadko w tej opowieści pojawiał się komupter. Jakoś przegrał na kastingu z urokami Serbii, Bośni, Chorwacji i Słowenii. Ale przede wszystkim Bośni i pięknego wprost Sarajewa! No a teraz po raz pewnie jeden z ostatnich odkrywam uroki Węgier z grupą polskich turystów. I znowu czas jest tak kruchy, że pewnie za szybko to tu nie zajrzę:)

poniedziałek, 10 sierpnia 2009

Powroty!

No i się skończyło nareszcie pedałowanie w Polsce! jednak miesiąc takiej przerwy w węgierskim życiorysie to stanowczo za długo dla mojego zdrowia psychicznego zwłaszcza, że niekoniecznie spędzony z ludźmi, z którymi by się chciało, no ale nic wracam już w środę do BP a potem zasłużone wakacje!

sobota, 8 sierpnia 2009

Dzień 28 Akcja w Gdańsku




Dziś w Gdańsku na Moście Zielonym po raz ostatni rozstawiliśmy nasz Baobab. Tuż obok tratwy Polskiej Zielonej Sieci! Skończyła się nasza przygoda! A już jutro Baobab wróci do Budapesztu by we wtorek obejmowali go uczestnicy Sziget Fesztival. W nogach mamy około 1000 km, Vera - serbska wolontariuszka obliczyła, że przeszła na piechotę ponad 280 kilometrów, resztę pokonała stopem! Jednak w naszej pamięci mamy jeszcze więcej ludzi, których spotkalismy po drodze i przygód, które przeżyliśmy i na pewno szybko nie zapomnimy! Dzięki Wam wszystkim, bez których to całe przedsięwzięcie nie mogło by się odbyć! I pamiętajcie - to nie koniec! działajmy razem 24.10.2009! Dowiedz się więcej na www.350.org