wtorek, 26 maja 2009

Hymn na czas wojny:)

Na wojennej ścieżce...

No to zaczęłam swoją małą wojnę z tutejszym brakiem zrozumienia co do wolontariatu... Jak to mówi niezawodny tekst ze "Stawki większej niż życie": "Nie ze mną te numery, Bruner".
Tak więc zaczynam uzbrojona w piękną i jakże adekwatna modlitwę:
"Boże, daj mi siłę, abym zmieniał rzeczy, które zmieniać trzeba i można, daj mi pokorę, abym się pogodził z rzeczami, których zmienić się nie da, i daj mi mądrość, abym potrafił odróżnić jedne od drugich."

poniedziałek, 25 maja 2009

A myślałam, że gorzej już być nie może....a to się można zdziwić


To był tak koszmarny dzień że szkoda pisać. Miałam pojechać na farmę. Nie pojechałam. Zostałam za to zwymyślana przez telefon - niesłusznie z polskiego punktu widzenia (z węgierskiego - wręcz przeciwnie). Kazano mi jednak sprzątać. No to posprzątałam tylko po to, żeby później usłyszeć, że powinnam robić wszystko co mi karzą nie ważne czy jest w mojej umówie czy nie. No i że zarabiam tyle co jedna dziewczyna, a pracuję mniej. No to poznałam dziś węgierską definicję wolontariatu - praca przymusowa za pieniądze. Bardzo to ciekawe. A jeszcze bardziej co na to powie Narodowa Agencja programu młodzież jak to usłyszy. No chyba że tym wirusem to już wszyscy są tu zarażeni. A ja głupia nieboga myślałam, żem tu przyjechała czynić pokój i dobro - a ja tu przecież jestem żeby kasę zbijać! I to jaką - na polskie 400zł, a w przeliczeniu na Węgierskie ceny to jakieś 200. Toć ja jak królowa tu żyje. No i jak śmiem mówić, że wolontariusz to za darmo pracuje. A gdzie tam:)! I że jeszcze dobrowolnie i że powinien być doceniany - za takie poglądy tutaj czeka mnie stos i ciężkie tortury. Jedynie mój czeski przyjaciel jest dla mnie pociechą:) No jednak miałam nie jechać na farmę, ale może sie uda. Bogi zgodziła sie ze mną spróbować na stopa dojechać do tej wioski przy granicy z Chorwacją. Przynajmniej już znam jej nazwę. Co prawda wyjeżdżamy dopiero o 16 więc są duże szanse, że dotrzemy tylko do Szekszárd, ale co tam! Witaj przygodo! Żegnajcie ludzie nie rozumiejący co to wolontariat!

Eko farma

Do czwartku będę na eko farmie gdzieś pod Pécs (gdzieś lecz nie wiadomo gdzie - jak śpiewał Wodecki). Co tam będę robić ? Uprawiać ogródek zapewne - czyli oddawać się czynności, która przyprawia mnie o dreszcze - i to wcale nie ekstazy. Wkrótce fotorelacja z tego cudacznego wyjazdu.

niedziela, 24 maja 2009

ucieczka do Szekszárd

Wymigałam się od sprzątania biura i uciekłam do Szekszárd do Justyny. Miasteczko powiedzmy sobie szczerze nie robi powalającego wrażenia, ale ma jakiś swój urok;) Akurat był festyn organizowany przez Polip to nawet trochę popracowałam. I to nawet ciężko - malując dzieciom twarze. Praca artystki jest jednak męcząca. Zwłaszcza, gdy musi zmierzyć się z kreatywnością dzieci. Czego to one nie chciały?! Pośród standardowych motyli i tygrysów, znalazły się: chomiki, sowy, dinozaury, nietoperze i hit dnia - spiderman, w którym doszłam do perfekcji:D. Szekszárd to miasto cieszące się albo wysoką płodnością ludzi i przyrostem naturalnym albo sławą swoich licznych placy zabaw. W mieście tym bowiem aż roi się od dzieci. Ale nie to najbardziej powaliło mnie na łopatki. Otóż Węgry to taki ciekawy kraj, w którym pomiędzy jedną wioską a drugą jeździ Inter pici (taki mały inter city), na który trzeba wykupić miejscówkę. Kto by pomyślał! W głowie się im poprzewracało!

piątek, 22 maja 2009

O łódko ja nie mogę!

Ja nie mogę Węgrzy mnie kiedyś dobiją albo jeszcze gorzej do samobójstwa doprowadzą. Normalnie aż musiałam się udać na retail therapy żeby odreagować! Tak niezorganizowanych ludzi to naprawdę nigdzie indziej nie widziałam. Praca z nimi to męka. Jak powiedziała kiedyś Ania do jednego doktora - ręce opadają i już się nie podniosą. Z reczy mniej podnoszących ciśnienie poszukuję aktualnie łódki która będzie w stanie przewieźć 7 osób, Wisłą z Krakowa do Gdańska. Jak mi napisał jeden miły kapitan musi być taka co zanurza się na nie więcej niż 30 cm bo inaczej płynięcie Wisłą to droga przez mękę (zwaną tutaj mielizną). Skąd ja mam niby taką wziąć?

poniedziałek, 18 maja 2009

Living Library





Udało się. Na wariackich papierach, ale jednak można zrobić coś fajnego na nawet na niezbyt udanym festivalu. Mowa tu o Magdi Festival, który odbył sie 16 maja na Tavaszmezo utca w 8 dzielnicy Budapesztu, a który organizowała moja organizacja. W sumie warto zadać sobie pytanie czy zorganizowała. Ludzi jak na lekarstwo było - co można zobaczyć na zdjęciach. Jednak żywa biblioteka okazała się udanym strzałem. Wszystko dzięki współpracy dream team - Orsi, Tunde i mnie:). Co prawda w sobotę rano czułam się jakbym pracowala w drukarni siedząc za kompem i produkując ulotki, naklejki, strzałki etc. Jednak podniosłam swój problem-solving o 100% rozwiązując problemy z drukowaniem po wegiersku (bladego pojęcia nie mam jak, coś tam poklikałam i zadziałało). Mnie się udało, a jak to możliwe, że Węgrzy w swoim języku nie umieli? Albo ja jestem geniuszem, albo z tym krajem coś nie bardzo. W każdym razie zawisł baner nad bramą do Roma Parlament, na którego podwórku odbywała sie żywa biblioteka. W żywej bibliotece zamiast książek "wypożycza" się ludzi, którzy uosabiają jakieś stereotypy na max godzinę. Można sobie z nimi szczerze pogadać etc. Nasze książki to: ex-ksiądz - kiedyś wędrujący z Romami, potem wystąpił z Kościoła, ale nadal może udzielać sakramentów społeczności romskiej (nie mam pojęcia dlaczego); lesbijka, feministka, ex-drugger, i uchodźca z Afganistanu - który okazal się hitem:) Super fajny chłopak naprawdę pragnący szczęscia dla swojego kraju - no i po co się tam pchają Polscy żołnieże? To i tak nic nie pomoże. 4 godziny, 20 czytelników. Byliśmy z siebie dumni.

Szperactwo - mój sukces:)












Oto, co wyszperałam w budapesztańskim raju dla szperaczy: wieszaki plastikowe białe z żołtymi śladami od starości- sztuk 5; wiadro czerwone, trochę zużyte, choć niedziurawe - nada się do mycia podłogi; nosidełko (?) do piwa plastikowe, czerwone, na 6 butelek - dla jednego znajomego, co by mial chociaż jedną rękę wolną jak na imprezę idzie. Tym razem w 7 dzielnicy, czyli dosłownie i w przenośni pod moim domem, ludziska wyrzucili na ulicę, co w domu im zbywało. A czasem wyrzucają naprawdę niezle rzeczy. Tak więc wyrzucenie to tylko pierwszy krok. Drugi, to leżenie. Na ulicy przez caly dzień i całą noc. Trzeci to właśnie szperanie- wtedy armie szperaczy, pod osłoną nocy - ci bardzej strachliwi; albo w świetle dnia- z obstawą iście mafijną siadają na dopiero co wyrzuconych krzesłach koło sterty śmieci i czekają. Czekają na furgonetkę. W międzyczasie srogim wzrokiem ogdaniają potencjalnych konkurentów do zdobyczy. Czego tam nie ma - meble wszelkiej maści - przeważnie w super stanie, fotele, telewizory, komputery, książki, suszarki do naczyń lampy. Raz nawet fotepian widziałam. Ciekawy to zwyczaj nieopisany jeszcze przez antropologów. Tak więc kiedy w mieszkaniu nie masz mebli wystarczy jedna noc, a z pucybuta staniesz się milionerem.

czwartek, 14 maja 2009

super secret party




Wczoraj naprawdę mnie ktoś zaskoczył. A raczej zaskoczyło mnie sporo osób które zorganizowały moją pourodzinową imprezę. Cała intryga była iście ze szpiegowskiego filmu. Rano zadzwoniła do mnie współlokatorka Amanda pytając czy już jestem w BP i zabraniająć mi pod żadnym pozorem sprawdzać naszą skrzynkę zopera, na której dostajemy maile od Zofi. Tak wtedy się domyśliłam, a było to na Margit Sziget kiedy poszukiwałyśmy z Justyną grającej studni. No ale to nie wszystko wracamy do mieszkania i spotykamy Amandę która ciągle powtarza, żebym nie sprawdzała poczty. Podśmiewam się lekko, ale mówię, że ok. No a potem to już całkowicie zostałam wybita z tropu kiedy zadzwonił do mnie Gabor żeby mi powiedzieć, że zmienił mi hasło do poczty i że nie mogę na razie jej sprawdzić, bo są problemy z serwerem! Natrudzili się nieźle. Zapomniałam jednak o tym i poszłam na swój hardcorowy 3godzinny węgierski, na którym oczywiście był test - ma się to szczęście wracając po wakacjach. No ale nic. Potem miałam się zmierzyć z największym problemem czyli porozmawiać z Tunde o naszej Living Library, która jest już w sobotę, a do której ciągle jeszcze brakuje nam książęk! I wszystko przez to, że znowu - o ja głupia- zaufałam węgrom, że coś zrobią. No ale nic przynajmniej Ida załatwiła nam uchodźcę z Afganistanu i razem z ex-księdzem, ex-narkomanem, i dwoma cyganami jakoś to wygląda choć poziom najwyższy to nie będzie. No i jeszcze ta pogoda. Czuję w małym palcu u nogi, że w ten weekend kiedy mamy festival uliczny to będzie lało, że hoho. No ale przynajmniej wczoraj miałam miłą imprezę urodzinową w Tűzraktér z dwoma pysznymi ciastami i bananowymi plackami upieczonymi przez Amandę, którą ciągle powtarzała jaką to jest beznadziejną kucharką (co wcale nie było prawdą, ale miało swój urok). Tak więc jedliśmy sobie to ciasto wokół stołu do piłkarzyków i mile i leniwie mijał czas wśród dobrych znajomych Amandy, Pierra, Francesco, Idy, Tunde, Petera, Willa, Jeremy'ego (który faktycznie spotkał się z Koffi Ananem i mówił, że było ekstra), Csaby, Agi i Gabora (którzy organizują ciekawe wesele na które zamiast prezentów trzeba przynieść jedzenie) i Justina, a potem także i Lajosa (który w Budapeszcie zajmuje się piwem , jak powiedział, tak zrobił i postawil mi piwo). Naprawdę nie spodziewałam się, że może być tak miło. No i specjalnie dla mnie była jeszcze capoeira (wykonana przez Gargo i jego znajomych). Jednym słowem; wow.

poniedziałek, 11 maja 2009

Pożegnanie Azera i Fazila


No już się prawie skończyło, no przynajmniej dla chłopaków z Azerbejdżanu, którzy jutro rano wyjeżdżają z Hollokő. Dziś miłosiernym gestem organizatorów można było odespać trudy outdooru i wstać o 10! No przynajmniej w teorii, bo niekoniecznie jak się ma współkolatorki z Serbii, które już rano  zaczynają spory w swoim pięknym języku. No i oczywiście przez swoje nie do końca wyspanie rozpaprałam na podłodze kefir - czyli cała ja, nie ma co! No i raczej nie dane nam było odpocząć, bo główne zadanie dnia polegało na szalonym dwugodzinnym tańcu. Wtedy zrozumiałam co to jest być homo melodicus. Prawdziwy homo melodicus nie tańczy do każdej piosenki. A już na pewno nie tańczy z przyjemnością. Zatańczyłam jednak na swoje 50% tak, żeby wyglądało na 100% - ma się ten dar:) Z objawień duchowych uderzyło mnie dziś, że nawet taniec do kiepskiej piosenki może być modlitwą jeśli się tylko chce.

Hollokő

niedziela, 10 maja 2009

outdoor zakończony:)

No i skończyło się! 3 dni życia w totalnej wolności gdzieś na Węgrzech. Region Nógrad, okolice Hollokő. Bez pieniędzy, jedzenia, szczoteczki do zębów i dachu nad głową, za to w żółtych odblaskowych kamizelkach i w pięcioosobowych drużynach. Nie ma co ukrywać, było ciekawie. Zwłaszcza jak trzeba było dogadać się z Węgrami w moim łamanym węgierskim. No ale ku mojemu zdumieniu udało się i ani razu nie spaliśmy pod gołym niebem, za to zawsze u dobrych ludzi o wielkim sercu. Po drodze wykonywalismy różne szalone zadania - jak adopcja konia, malowanie sławojki, chodzenie w butach farmera czy przekonanie ludzi żeby zaśpiewali z nami w pięćdziesięciosoobowym chórze. Wszystko to część szkolenia "learning to participate", które głównie skupiać się ma na rozwoju osobistym. Dla mnie raczej to żadna nowość, żeby widzieć siebie jako "opportunity", no ale przynajmniej super ludzie i czasem ciekawe zadania. A co najważniejsze za darmo, bo zapłaci za to wszystko moja organizacja goszcząca. Nie ma co - żyć, nie umierać!. Najciekawsze jednak są zwyczaje pranujące w Hollokő - malowniczej wiosce w paśmie Matry, wpisanej na listę UNESCO. Otóż do kościoła w niedzielny poranek pędzą rzesze starszych pań, ubranych od stóp do głów na czarno, w dłoniach trzymając książeczkę do nabożeństwa oraz różaniec. Dziś w ich towarzstwie podążały kolorowo ubrane niby cukrowe Panie wzięte żywcem z muzeum etnograficznego. Wkrótce zdjęcia;)