poniedziałek, 22 czerwca 2009

Studia i dowody zbrodni




Jako, że mało czasu na pisanie wkleję kilka fotek z cyklu co się robi wieczorami w Budapeszcie. Trochę niektóre są w temacie dwa posty niżej. Naprawdę warto spędzić choć trochę czasu w BP jeśli nie dla ładnych zabytków i super ekstra gorących źródeł, to chociaż dla jego niesamowitej multikulturowej atmosfery. A już zwłaszcza, jak jest ciepło, to można sobie trochę poszaleć. Toruński bulwar się chowa:) Dziś zaczęłam Summer Universty na CEU (Uniwersytet Środkowo Europejski) w Budapeszcie. Temat to "Romany Studies". Na początku myślałam, że jestem na to wszystko za głupia i o czym ja tam mogę rozmawiać z ludźmi co dokrotaty piszą, ale wystarczyło 10 minut i przypomniałam sobie, że dokrtoranci to tacy sami ludzie jak my:) I już było fajnie:) W ramach projektów grupowych badamy zgadanijcie co? Oczywiście 8 dzielnicę BP co za niespodzianka:)

niedziela, 21 czerwca 2009

Noc Muzeów





Byłam, owszem. Ale chyba BP to jedyne miejsce na świecie, gdzie trzeba płacić. I to 1300 Ft. No cóż zapłaciłam. Raz się żyje. Polecam dom terroru - jedno z najlepiej "zrobionych" muzeów, jakie widziałam w życiu. Muzeum znajduje się przy alei Andrássy'ego 60, w dawnej kwaterze głównej Strzałokrzyżowców oraz siedzibie stalinowskiej policji politycznej ÁVH. Stanowi jednocześnie pomnik ofiar totalitaryzmu na Węgrzech i bohaterów rewolucji 1956 roku. Spędziłam tam prawie 2godziny, nie dlatego, że aż tyle było do oglądania, ale po prostu tak wolno można się było poruszać robiąc zaledwie tip topy. Tyle było ludu. Zaczyna się od ostaniego piętra, a potem schodzi w dół, gdzie znajdują sie lochy. Robi olbrzymie wrażenie. Jest też wystawa stała o Katyniu, którą trzeba oglądać w ciszy. I byłam zszokowana, że ludzie czytali wszystkie teksty, a było tego sporo! Potem szybko pobiegłam do Műcsarnok muzeum sztuki współczesnej. Bardzo interaktywne i przez to arcyciekawe:) Okazało się, że musiałam pracować w sobotę o 22, więc zwiedziłam także muzeum na zamku. Zofi miało swoje stoisko w bibliotece i reklamowało swój projekt "Budapest korzo" - chcą, żeby niektóre ulice miasta były wolne od samochodów w weekendy. Kampania ta bardzo ambitna na razie polega na zbieraniu podpisów. Za dużo się nie napracowałam, ale zrobiłam parę zdjęć dla potomnych:)

piątek, 19 czerwca 2009

Anioł nad Visegrád :)

Kto powiedział, że tylko w weekend można mieć wolne?
Właśnie dlatego, że nikt, postanowiłyśmy z Liną (wolontariuszką EVS ze Słowacji) udać się na jakąś wspólną wycieczkę. Wybór padł na Visegrád, bo wszyscymówili, że ładnie. No i blisko. Było pięknie:) Zresztą każdy może ocenić sam. Towarzyszyli nam 2 couch surferzy z UK i Australii którzy też z nicnierobienia mieli wolny piątek:) Na jednym zdjęciu widać nawet "anioła":)

Jak się napić, czyli "nie jestem cholernym hipi!"

O piwie będzie. W Budapeszcie (i pewnie na całych Węgrzech) można pić alkohol legalnie w miejscach publicznych. W sumie nie wiadomo na 100% czy takie jest prawo, ale w każdym razie tak pokazuje codzienna praktyka. Nie trzeba się więc ukrywać po bramach i przelewać piwa do butelek po pepsi. Można jak "ludź" napić się na ulicy. Węgry to taki śmieszny kraj, w którym mimo widocznych na każdym kraju kontrolerów tak naprawdę sprawdza się tylko bilety i to jeszcze pobieżnie. Dochodzi nawet do takich sytuacji, że niektórzy jeżdżąc na rowerze trzymają w jednej ręce trunek, a w drugiej kierownicę, ale ja tego akurat nie pochwalam. W każdym razie nikt nie odbiera tu za to prawa jazdy ani nie trzeba płacić kolegium. Z tej swobody obyczajowej wynikają czasem prześmieszne sytuacje. Wprost pachnące karykaturą. Można na przykład wypić piwo siedząc na schodach opery. A tutaj do opery ludzie potrafią się wystroić tak, że na sam widok z wrażenia robi się słabo. Pięknie i połyskliwie. No i mogą sobie tacy dostojni ludzie schodzić po schodach obok pijących piwo. No cóż, przecież każdy chce czasem liznąć trochę kultury. Nawet jeśli będzie ona o smaku chmielu, to przecież prawie w operze, a to się liczy. Oprócz złotego trunku można skosztować trochę "etykiety" na przykład takiej: kto kupuje piwo w supermarkecie jak idzie na imprezę jest wg Amandy "cholernym hipi", a kto je spożywa na ulicy może stać się nawet "punkiem". Popełniliśmy nawet parę razy taki mały grzeszek. Ale możemy to zawsze zwalić na couch surferów, którzy nie dość, że nic nie robią tylko się po świecie włóczą, to jeszcze ten świat demoralizują. A fe!

wtorek, 16 czerwca 2009

1000 kilometrów rowerem (Kraków - Gdańsk)


No i postanowione. Miało być spływanie tratwą, łódką albo czymkolwiek co tylko jest w stanie płynąć Wisłą. Jednak pływanie królową polskich rzek nie należy w naszym kraju do najpopularniejszych. Potem miał być kajak, to wszyscy mnie nastraszyli, że się potopimy. A że to nie miało być celem całej eskapady, to postanowiłam odpuścić podróż przez Polskę drogą wodną. Pojedziemy rowerami, jak podsunęła Judit z 350.org. 1000 kilometrów. Z Krakowa do Gdańska w ramach objazdowej kampanii klimatycznej "Baobab". Polska Zielona Sieć popłynie zbudowaną przez siebie tratwą (która kosztować będzie "tylko" 15000 zł). Trasa dokładna się ustali, ale przynajmniej tą drogą Vera (Węgry), Alban (Francja) i jeszcze jedna Vera (Serbia) zobaczą trochę Polski. Przemęczać sie na pewno nie będziemy, bo na całą wycieczkę mamy 30 dni (tak wolno PZS będzie płynąć swoją tratwą). W wioskach i miastach, przez które będziemy pedałować zamierzamy wzbudzać entuzjazm i zainteresowanie 350.org oraz naszymi kolorowymi flagami (które na razie istnieją tylko w naszych umysłach:). Natomiast w Krakowie (10.07), Kazimierzu (19.07), Warszawie (24.07), Toruniu (1.08) i Gdańsku (08.08) będziemy promować happening pt: "ożywić baobab". 5,5 metrowa instalacja przedstawia drzewo, którego konary są uschnięte. Dopiero wspólne działanie pięciu osób, które dłońmi zatkają otwory w pniu powoduje, że gałęzie unoszą się i baobab pokazuje się w pełnej krasie:) Podobnie dzieje się w przypadku przeciwdziałania zmianom klimatu. Tylko razem możemy coś zmienić:) Każdy, kto będzie chciał będzie mógł się do nas dołączyć w każdym momencie trasy. Zapraszam:) Rozwijam się nie ma co! Kolejny rajd nie dość, że jest międzynarodowy, to jeszcze z przesłaniem:)

Akademia smakoszy praw człowieka



12-14.06 wraz z Bogi z sukcesem przeprowadziłyśmy "Human Rights' Tasters Academy" nasz własny projekt, który z dumą możemy nazwać sukcesem. 15 uczestników, wiele narodowści (Węgrzy, Amerykanin, Francuzi, Włoszka, Hiszpan, Niemka), wspólna radość z tych 3 dni spędzonych wspólnie w Salföld nad Balatonem. Co prawda pewnie wielu po spaniu pod namiotem kuruje teraz swoje gardła, ale było warto. Wesoło było zwłaszcza w pociągu powrotnym do BP - niczym w polsce jak sardynki w puszce siedzieliśmy na podłodze wciśnięci pomiędzy ścianę a toaletę. W takich momentach można tylko współczuć palaczom, kiedy przypili ich nagła potrzeba. A tak właśnie było z Amandą i Tomim, którzy postanowili oddać się tej przyjemności w miejscu łączenia się wagonów. Właśnie z w tym momencie powstały takie ciekawe zdjęcia.

Pracokatastrofizm i pożegnania


Wypadało by coś od czasu do czasu napisać jak się ma już bloga. Tak myślę. Gorzej jak się nie ma czasu, co mi sie ostatnio często zdarza. Justyna wyjechała, wróciła do Polski, choć bardzo chciała zostać. Skończył się jej EVS. Wsiadła do pociagu, bo niby narzeczony, dom, remont, kaloryfery i studia, ale nie wyglądała na najszczęśliwszą. Tu było jej życie. Rozwijało się powoli przez rok i zapuściło silne korzenie. Coraz więcej bliskich ludzi kończy swoje projekty i wyjeżdża. Policzyłyśmy z Amandą dziś, że będziemy się widzieć jescze tylko 4 tygodnie. Szybko wszystko mija. Justyna dzięki za wszystko. Trzymam kciuki:) No i póki co do BP zawsze możesz wrócić:)

niedziela, 7 czerwca 2009

Wódka i kiełbasa

Jak świętuje się bierzmowanie w polskim kościele w Budapeszcie? Kilogramami polskiej (!) kiełbasy w 10 odsłonach, podlany litrami wódki, bigosem i żurkiem. Innymi słowy wydaje się party w ogrodzie na sto osób i zaprasza na darmowy obiad każdego, kto przyszedł na mszę. W tle najpierw śpiewa chór a potem do kotleta lecą już weselne szlagiery jak "mały biały domek"... Toć to bardziej polskie niż polska!

środa, 3 czerwca 2009

Żydowskie wesele .... w dresie

Byłam na żydowskim weselu. W niedzielę. Chociaż jak się głębiej zastanowić to nie wiem czy aż takie bardzo żydowskie to ono było. Owszem był taki baldachim, pod którym stała para młoda, były modlitwy po hebrajsku, było tłuczenie kieliszka w szmatce, panowie w jarmułkach, ale... Wszyscy goście to z polskiego punktu widzenia nie za bardzo ubrani byli na tę okazję. Stał przed nami np. pan w dresie z 3 paskami i w bejsbolówce, rodzina Państwa młodych bez krawatów, jakaś taka rozchełstana, a 90 gości w dżinsach i jak do pielenia ogrodu, a nie na wesele. No owszem było na zaproszeniu zapisane, żeby się ubrać wygodnie. No to się z Amandą ubrałyśmy - w sukienki, co nam się wydało oczywiste. A tu wszyscy zszokowani byli, że tak ładnie wyglądamy! To ci dopiero. Impreza ogólnie była bardzo dziwna. Każdy przyniósł coś do jedzenia i z tego był szwedzki stół, potem jeszcze przed ślubem wszyscy zaczęli jeść tak że nie wiadomo było czy to grill ze znajomymi czy wesele, no a potem były przysięgi i kołysanki śpiewane ładnie przez jedną panią. Miało się wrażenie, że to imieniny u cioci, a nie wesele. Dopiero jakieś 3h potem były tradycyjne tańce węgierskie (albo może żydowskie...), ale grunt, że państwo młodzi zadowoleni byli... bo chyba byli//

Esztergom - najbardziej katolickie miasto na Węgrzech













Jak dla mnie to prawie każde miasto w Polsce jest bardziej katolickie, ale niech już Węgrom będzie. Esztergom jest naprawdę piękny i koniecznie trzeba go zobaczyć jak się jest chociaż na troszkę dłużej w Budapeszcie. Bazylika - największa na Węgrzech, i 5 (?) w Europie. Z dziejami bazyliki związane są dwa polskie epizody: w kaplicy Bakócza Jan III Sobieski odśpiewał uroczyste Te Deum po rozgromieniu Turków pod Parkanami (dziś Štúrovo na drugim brzegu rzeki), a trzy wieki później świątynię odwiedził papież Jan Paweł II podczas pielgrzymki na Węgry w 1991 r. Obydwa wydarzenia upamiętniają tablice przy wejściu do bazyliki. Ogólnie sporo polskich akcentów. A jaki piękny widok na Dunaj- naprawdę zapiera dech w piersiach. Esztergom znany jest na Węgrzech z dwóch rzeczy - fabryki Suzuki (choć nie każdy jeździ tu tą marką - sprawdziłam:) no i z tego katolicyzmu. To tutaj znajduje się pomnik upamiętniający chrzest króla Stefana Świętego, który jednocześniej był chrztem Węgier (997 - policyjny rok:). Robi wielkie wrażenie. Miasto całe też bardzo urokliwe z cudną fontanną z motywem przewodnim muszli. Ogólnie zabrakło mi słów. A jakie ładne pociągi jeżdżą do Esztergom:) No i jeszcze jedna węgierska perełka ręcznie ustawiana tablica informacyjna z godzinami odjazdów pociągów. Są nawet małe zegarki z ruchomymi wskazówkami!

Pałac Sissi - Gödölő













Podobno spędziła w nim z Franciszkiem Józefem najpiękniejsze lata życia (i ich małżeństwa). Jak na tak sławny pałac - trochę rozczarowuje, ale może ja mam po prostu za duże oczekiwania. Spontanicznie nie mając co zrobić z wolnym czasem udalismy się HÉV (kolejka podmiejska) do Gödölő 3o km od Budapesztu. Miła i tania wycieczka (300 HUF jak się ma bilet miesięczny:). Miasteczko krótko mówiąc szału nie robi. Zresztą pałac także. A przymajmniej jego ogród - mocno zaniedbany. No ale sławne miejsce, grzech było nie zobaczyć i poczuć magię miejsca:) W Gödölő znajduje się także gong pokoju darowany przez Indonezję. No i to by było na tyle w temacie tego miasteczka:)

baba z wozem...czyli Székesfehérvár








Tak się przeważnie kończą nieokrzesane marzenia o wylegiwaniu się nad brzegiem Balatonu. Zostają zmyte rzęsistym deszczem i wywiane z głowy porwistym wiatrem. Miało być słońce, jezioro, błogie lenistwo, autostop. Skończyło się na podróży pociągiem do Lubljany. Z tym że z wysiadką w Székesfehérvár, które przywitało nas gradem. To już się można było załamać. Postaliśmy sobie trochę pod wiatą dworca i postanowiliśmy udać się na tak zwane zwiedzanie orientalne. Wymyślasz, gdzie chcesz jechać. Sprawdzasz pociągi, czytasz na wikipedii co tam jest ciekawego, ale przeważnie nie zdążysz doczytać do końca, bo już musisz biec na pociąg. Zziajany wsiadasz do uroczego środka lokomocji. Szukasz gdzie możesz usiąść nie mając miejscówki i się relaksujesz. Dojeżdżasz do stacji przeznaczenia. Wysiadasz, pytasz się łamanym węgierskim gdzie tu centrum i idziesz w kierunku niedbale pokazanym przez dłoń innego podróżnego. Bez mapy, bez przewodnika, orientując się po drodze czy w danym miesjcu jest coś co wygląda interesująco. Székesfehérvár - ładne miasto, chyba mają duże kwiaciarnie, bo wszystkie pomniki opływały w kwiatowych wiązankach. A pomników to tak że hoho w tym najstarszym mieście na Węgrzech. Jednak ja się uparłam na babę z wozem, którą kątem oka zauważyłam na wikipedii kiedy zamykalam komputer. To chodziliśmy w te i wewte nawołując, aż w końcu poszłam do informacji turystycznej i się pytam, gdzie ta baba. No to pan mi pokazał i już wszyscy byli szczęśliwi. Wartością dodaną tej taniej (500HUF w 1 stronę) wycieczki był węgierski zwyczaj wystawiania tablo licealistów w witrynach sklepowych. Co kraj to obyczaj jak się mówi, ale ciekawe to było.

In the middle of nowhere






To był cud. Żeby o 16 wyjechać z Budapesztu pociągiem. O 17 być w Érd, dopiero o 17.30 zacząć łapać stopa, żeby dojechać do wioski oddalonej o 200 coś km i to przed totalnym zmrokiem to może się udać tylko takim dwóm wariatkom jak Bogi i ja. W sumie jak tak teraz na to patrzę to się dziwię, że mogło tak łatwo pójść, no ale faktem jest, że jazda na stopa po Węgrzech jest o wiele łatwiejsza niż w Polsce. Wioska jak wioska, nie wyglądała wcale ekologiczną. Bo jak wygląda ekologiczna wioska? Domy, ogródki. Moim zdaniem trochę więcej chwastów. I mnóstwo pokrzyw. Mieszkaliśmy w domu jakiejś fundacji, całkiem za darmo (plus jedzenie - "ekologiczne" nie wyglądało zbyt ciekawie, ale było dobre) w zamian za kilkugodzinną pracę. Pech chciał, że jak się akurat obudziliśmy to lało że hoho. Tak więc wraz z Justinem, Amandą i Bogi postanowiliśmy posprzątać dom, żeby nie wyjść na kompletnych darmozjadów. A padać jak na złość nie przestawało. A że jak wiadomo w czasie deszczu dzieci się nudzą Amanda wykonywała taniec z sierpem, a ja nagrywałam ambitne filmiki z cyklu jaki to rasizm panuje w Dravafok (z Justinem jako oprawcą i Amandą - jako tą ciemiężoną przedstawicielką ciemniejszej kolorystycznie rasy). Wesoło było. Pierwszy w historii wyjazd z etykietą Zofi, na którym było naprawdę super. W końcu jednak trochę popracowaliśmy. Przerzucając jeden stos gałęzi na drugi. Bardzo ambitna ta praca, dzięki wielkim powierzchniowo oparzeniom na naszej skórze nie pozwoliła nam zapomnieć po co tam byliśmy. Następnego dnia dobitnie doświadczylismy co to znaczy próbować się wydostać z małej wsi pośrodku niczego. W akcie desperacji stałyśmy na środku skrzyżowania i łapałyśmy stopa w każdym kierunku, byle out:) Udało się, chyba dlatego, że ciągle jeździły tam te same samochody i w końcu nie mogli już na nas patrzyć:)