wtorek, 20 października 2009

No i skończyło się

Dobiegł końca mój projekt, chociaż można by się zastanowić czy był jeszcze jakikolwiek przez ostatnie 4 miesiące. Jedak z wielkim bólem (także mięśni) wyprowadziłam się z mojego mieszkania. No i tułałam się żyjąc na walizkach po znajomych. Jedyna zaleta, że przynajmniej zwiedzam te zakątki Budapesztu, do którym wcześniej nie chciało mi się iść:) to znaczy bardzo bardzo odległe:) Byłam już chyba ostatni raz w mojej organizacji - jakoś bez sentymentu bo dobrzy znajomi z nas byli żadni:) Jeszcze tylko kupię bilet i bon voyage! Zostaję jeszcze do weekendu do sławnego 24.10 Światowego Dnia Akcji na rzecz klimatu organizowanego przez 350.org . W Budapeszcie zapowiada się wspaniała akcja w Szechenyi Bath:) Nocna impreza z kręceniem filmu i muzyką na żywo. Trochę jeszcze przy tym pomagam żeby nie być totalnym darmozjadem:)

niedziela, 6 września 2009

ile osób zmieści się na podłodze?

Takie mniej więcej pytanie sobie zadawałam, kiedy oznajmiono mi, że czeka mnie 6 osobowy nalot. Zgodziłam się oczywiście, bo sama w końcu kiedyś wszystkich pozapraszałam do BP więc trzeba było jakoś nagrodzić tych, którzy mieli odwagę, żeby pokonać tą ogromnie długą trasę! Jak widać ostatnio niewiele się tu wydarzyło na tej stronce, co jednak jest zaprzeczeniem teorii jakoby w wirtualnym świecie działo się więcej niż w realu. Działo się i to wiele ale jakoś rzadko w tej opowieści pojawiał się komupter. Jakoś przegrał na kastingu z urokami Serbii, Bośni, Chorwacji i Słowenii. Ale przede wszystkim Bośni i pięknego wprost Sarajewa! No a teraz po raz pewnie jeden z ostatnich odkrywam uroki Węgier z grupą polskich turystów. I znowu czas jest tak kruchy, że pewnie za szybko to tu nie zajrzę:)

poniedziałek, 10 sierpnia 2009

Powroty!

No i się skończyło nareszcie pedałowanie w Polsce! jednak miesiąc takiej przerwy w węgierskim życiorysie to stanowczo za długo dla mojego zdrowia psychicznego zwłaszcza, że niekoniecznie spędzony z ludźmi, z którymi by się chciało, no ale nic wracam już w środę do BP a potem zasłużone wakacje!

sobota, 8 sierpnia 2009

Dzień 28 Akcja w Gdańsku




Dziś w Gdańsku na Moście Zielonym po raz ostatni rozstawiliśmy nasz Baobab. Tuż obok tratwy Polskiej Zielonej Sieci! Skończyła się nasza przygoda! A już jutro Baobab wróci do Budapesztu by we wtorek obejmowali go uczestnicy Sziget Fesztival. W nogach mamy około 1000 km, Vera - serbska wolontariuszka obliczyła, że przeszła na piechotę ponad 280 kilometrów, resztę pokonała stopem! Jednak w naszej pamięci mamy jeszcze więcej ludzi, których spotkalismy po drodze i przygód, które przeżyliśmy i na pewno szybko nie zapomnimy! Dzięki Wam wszystkim, bez których to całe przedsięwzięcie nie mogło by się odbyć! I pamiętajcie - to nie koniec! działajmy razem 24.10.2009! Dowiedz się więcej na www.350.org

wtorek, 4 sierpnia 2009

Dzień 24 Malbork - Gdańsk

"We are the champions my friend!" Dziś jadąc przez piękne Żuławy Wiślane dotarliśmy do morza! Pierwszy raz zobaczyliśmy je w Sobieszewie, gdzie najbardziej wytrwali weszli nawet do wody i wznieśli okolicznościowy toast! Och cóż to za cudowne uczucie, gdy po prawie miesiącu pedałowania dociera się wreszcie do Celu! I to tylko siłą własnych nóg i nie wytwarzając tą podróżą ani cząstki CO2! Nadszedł czas na chwilę dumy i zadumy! A potem już tylko pedałownie przez gdańsk gdzie zastała nas już noc i krótka podróż skm do Sopotu, gdzie mamy spędzić 3 dni na błogim lenistwie! A co! Należy się nam!

poniedziałek, 3 sierpnia 2009

Dzień 23 Grudziądz - Malbork

"Jeszcze chwila, jeszcze dwie i już będę u stóp ..." jak mówi znana piosenka. Dla nas to jeszcze tylko jakieś 170 kilometrów by w końcu zobaczyć morze! Dziś dojeżdżamy do Malborka by w nim obowiązkowo zwiedzić piękny zamek i obejrzeć totalnie odmienioną "starówkę" z całkiem nową fontanną - prawie taką samą jak w Toruniu. Widać nadchodzi nowa moda. Nocleg zapewnił nam przemiły ksiądz orionista - specjalista w krojeniu - nigdy w życiu nie widzieliśmy tak drobno pokrojonej kapusty - aż trudno było ją odnaleźć w sałatce! No i był to nasz pierwszy nocleg w środku kościoła!

niedziela, 2 sierpnia 2009

Dzień 22 Toruń - Grudziądz

Już coraz bliżej cel naszej wyprawy - Gdańsk- będziemy tam już we wtorek! Wzrasta więc nasza motywacja do pedałowania:) Do Grudziądza wybieramy najkrótszą drogę z dala od Chełmży i Chełmna za to zahaczając o jezioro, w którym mimo dzikich tłumów udaje się nam popływać:) Długa to jednak podróż i do Grudziądza docieramy już po zmroku:)

sobota, 1 sierpnia 2009

Dzień 21- Sukces w Toruniu




Ten dzień z pewnością możemy uznać za najbardziej udany ze wszystkich. Po pierwsze dlatego, że w w końcu nasz baobab nie stał w krzakach tylko w normalnym, atrakcyjnym miejscu, w którym ludzie spędzają swój czas - czyli na bulwarze filadelfijskim. Już od 9 mnóstwo zainteresowanych przechodniów przytulało baobab tak, że pod koniec dnia zabrakło nam już naklejek i ulotek! No cóż, trzeba będzie coś dodrukować. Trochę nogi bolały po 12 godzinach stania w słońcu, ale było warto! a teraz byle do Gdańska!

piątek, 31 lipca 2009

Dzień 20 Toruń

Dziś miło i trochę szalenie upłynął nam dzień na zwiedzaniu i robieniu prania:)

czwartek, 30 lipca 2009

Dzień 19 Włocławek - Toruń

Jednak wczorajszy autostop z rowerem nie był końcem problemów. Trzeba było jeszcze naprawić rower Albana, żeby ten mógł pojechać dalej. Niewiasty zostały więc pilnować "gospodarstwa"a chłopcy pojechali na polowanie - czyli poszukiwanie sklepu rowerowego. I tu zdarzył się mały cud. # rowery zostały naprawione absolutnie za darmo. Alban dostał nową oponę szprychy, Vera hamulec, Paweł klucz do szprych i to wszystko całkowicie za nic! Niesamowite nie ma co! Przez to całe zamieszanie wyjechaliśmy z Włocławka około 13, a cały długi dzień upłynął pod hasłem poszukiwania drogi (tak tak w niektóych wioskach w Polsce tabliczki z nazwami miejscowości to rzadkość). Ale w końcu już o zmroku dojechaliśmy do Torunia, gdzie czekała już na nas Judit

środa, 29 lipca 2009

Dzień 18 Płock - Włocławek

Dzień ten rozpoczął się desperackim poszukiwaniem kawiarenki internetowej. Okazuje się jednak, że zadnie to w 21 wieku wcale nie jest łatwe! W jedynej kawiarence w mieście nie można było skorzystać ze Skype. W tym samym czasie Veronika i Alban zwiedzali miasto i udali się na sławną płocką plażę. Potem jeszcze tylko partyzanckie śniadanie na rynku i w drogę. Był to dzień obfitujący w atrakcje. Najpiękniejsza droga naszego rajdu wiodła właśnie przez rozlewiska Wisły. Malownicze jachty na Wiśle - to trzeba zobaczyć! Taka to pięka droga zawiodła nas do Dobrzynia nad Wisłą, w którym to zadzwonił telefon a w nim Alban mówi, że pękły mu dwie szprychy w rowerze. No to kaplica a po drodze żadego sklepu rowerowego. Alban i Veronika spotkali na drodze 2 profesjonalnych rowerzystów, którzy drogę z Krakowa do Gdańska pokonać mieli w 8 dni. Żeby więc z nimi porozmawiać trzeba było jechać bardzo szybko. I rower Albana nie wytrzymał tego tempa. Zatrzymał się i zobaczył 2 pęknięte szprychy. Jedynym wyjściem był autostop. Wtem nadjechał traktor i zabrał Veronikę i Albana i ich 2 rowery na przyczepę. Młody kierowca traktora zabrał ich prosto do Dobrzynia. W dobrzyniu jednak okazało się, że to nie koniec problemów, bo sklepu rowerowego ni widu ni słychu. Trzeba było więc podjąć jeszcze większe wyzwanie i łapać stopa z rowerem do Włocławka - co jak się okazało nie jest niemożliwe. w Dobrzyniu spotkaliśmy też Verę, która przjyjechała stopem. A reszta naszej ekipy już na rowerach ruszyła do Włocławka. Była to długa podróż i wszyscy razem spotkaliśmy się w miejscu noclegu około 22. Moc atrakcji!

wtorek, 28 lipca 2009

Dzień 17 Wilkowuje - Płock

Rankiem do iście "polskim" śniadaniu wyruszyliśmy do Czerwińska, który nasz gospodarz Darek chciał nam koniecznie pokazać. A potem już do Płocka, Veronika i Alban byli zszokowani, że to takie piękne miasto. Jak tylko przejeżdżaliśmy przez most to akurat był zachód słońca na tle którego katedra prezentowała się wprost wspaniale. Nocowaliśmy w najlepszym chyba punkcie miasta bo u sióstr miłosierdziana starym rynku. Lepiej już chyba nie można było sobie wymarzyć. Pięknie było!

poniedziałek, 27 lipca 2009

Dzień 16 Zakroczym - Wilkowuje

Jeszcze nie zdążyliśmy odpocząć po ostatnim relaksie u Pawła w domu, a już czekała nas następna niespodzianka. Odwiedziliśmy znajomego Darka w Wilkowujach. To dopiero było nic nierobienie. Darek jak to prawdziwy Polak ze wsi już na samo śniadanie przygotował mięso w 4 postaciach. Nie ma to jak przygotować grilla o 11 rano! Niektórym dane było nawet popływać w pobliskiej sadzawce! A wieczorem była mała impreza urodzinowa dla Pawła, któremu stuknęło ćwierćwiecze!

niedziela, 26 lipca 2009

Dzień 15 Gołymin - Zakroczym

Bo błogim lenistwie ostatniego dnia "udało" nam się w końcu opuścić gościnne progi Gołymina i skrótami znanymi tylko "lokalsom" uderzyć na Zakroczym. Po drodze solidnie zmokliśmy. Ale cali dotarliśmy do Zakroczymia, by spotkać interesującego pana uważającego, że efekt cieplarniany to jedno wielkie kłamstwo.

sobota, 25 lipca 2009

Dzień 14 Warszawa - Gołymin

Dzisiejszy dzień był dniem tak zwanego świętego lenia. Po pierwsze dlatego, że pociągiem udaliśmy się do Ciechanowa. Pociąg słoneczny dostarczył nam sporo atrakcji. Dziękowaliśmy jednak Bogu, że jesteśmy w kraju, w którym do pociągu można wepchnąć co się chce i gdzie się chce, czyli na przykład rowery w przejściu dla pasażerów. 3 godziny jazdy minęły nam na siedzeniu na podłodze i robieniu kanapek w spartańskich warunkach. Aż w końcu słonecznie uśmiechnął się do nas Ciechanów. Tutaj już czekali na nas dwaj aniołowie pod postacią Pawła rodziców, którzy zabrali nasze bagaże i Verę, a całej czwórce pozostało jeszcze tylko pokonanie 20 kilku kilometrów i dostanie się do Ciechanowa na dwóch kółkach. Tutaj miał też miejsce mały nieszczęśliwy wypadek, gdy to Marta przeskoczyła przez rower i przejechała się po chodniku. Trysnęła krew, ale więcej było strat moralnych niż fizycznych. Szybciej czy później dojechaliśmy do Gołymina, rodzinnej miejscowości Pawła by zostać ugoszczonymi w iście polski sposób- z ogromną ilością jedzenia i napitku. Jednym słowem luz blus w doborowym towarzystwie.

piątek, 24 lipca 2009

Dzień 13 Akcja w Warszawie

A skoro świt ujrzeliśmy krzaki. Zielone i fajne jeśli chcesz się schować w cieniu, ale niekoniecznie najlepsze jeśli pragniesz rozmawiać z przechodniami. Zwłaszcza, że jak powiedzieli nam Warszawiacy spotkać można tam tylko zabłąkane dusze. Szczerze, to nawet tych zabłąkanych nie było za wiele. No ale cóż nad miejscem wybranym przez naszych "partnerów" można było tylko gorzko zapłakać. W krzakach niewielu znalazło się przechodniów. Przyszły tylko zaproszone dzieci ze świetlicy środowiskowej, które najbardziej zainteresowane były wkładaniem przedmiotów w dziury w Baobabie. Ale przynajmniej na chwilę sprawiły wrażenie niejakiego zainteresowania naszą akcją. Po południu odbyły się zajęcia Tai chi na trawce przed krzakami i to było nawet ciekawe można się było trochę zrelaksować:) Najbardziej jednak interesującym momentem dnia było spotkanie z pewnym rowerowym , ngosowym aktywistą, który w grudniu planuje pojechać z Warszawy do Kopenhagi na rowerze i właśnie kompletuje ekipę na pewno będziemy w kontakcie:)

czwartek, 23 lipca 2009

Dzień 12 Otwock - Warszawa

A mówią, że w Polsce nie ma ścieżek rowerowych. Odczuliśmy coś wręcz przeciwnego, kiedy jechaliśmy z Otwocka do stolicy. Dla Albana i Very było to pierwszy raz, pierwszy romans z Warszawą. Nastraszeni przed przyjazdem tym, jak to jest brzydko i nieznośnie, postanowili jednak sami ocenić i nie ulegać uprzedzeniom. Po przyjeździe zajęliśmy się głównie zwiedzaniem, a to Łazienki, a to Starówka, a to Muzeum Powstania Warszawskiego jednym słowem pełna turystyka. Przez cały dzień szukaliśmy także owego portu Czerniakowskiego, w któym miała odbyć się nasza jutrzejsza akcja. Ale mimo, że mieszkaliśmy na czerniakowie nikt o nim nie słyszał. To zasiało w nas pewną nutkę niepokoju. A że nie było on nieuzasadniony miało się jeszcze okazać skoro świt...

środa, 22 lipca 2009

Dzień 11 Góra Kalwaria - Otwock

To był chyba najkrótszy dzień w historii naszej całej podróży. Nie wysililiśmy się za bardzo jadąc jakieś 20 kilka kilometrów. Ale za to znów zostaliśmy ugoszczeni iście po królewsku. Nie ma jak zakon jednym słowem. A siostry bernardynki to przeszły już same siebie dając nam obiad, kolację i śniadanie i karząc zjeść wszystko do końca! Istny raj na ziemi.

wtorek, 21 lipca 2009

Dzień 10 Kozienice - Góra Kalwaria

Udało nam się jeszcze zwiedzić piękny i mało znany zamek w Czersku, w którym są bilety ulgowe dla rowerzystów! ho ho ho:) Się w Polsce zmienia:)

poniedziałek, 20 lipca 2009

Dzień 9 Kazimierz - Kozienice

Jak na złość kiedy wyjeżdżaliśmy z Kazimierza to świeciło słońce! Jak pech to pech ale nic to! Pojechaliśmy do Kozienic aby pocieszyć nasze skołatane serca. Ugościły nas siostry franciszkanki od cierpiących wspaniałą kolacją i nie tylko. Oczywiście jak to w zakonie zaczęły się rozmowy kto do jakiego by się nadawał:) Potem poszliśmy na spacer przekonać się, że to, co powiedziała siostra, że tu nie ma nic do zwiedzania poza supermarketem było prawdą:) No może był jeszcze jeden ładny pałac:)

niedziela, 19 lipca 2009

Dzień 8: Kazimierz Dolny

Padało, z każdą minutą coraz bardziej. No może o 7 rano nie, ale potem już nie chciało przestać. Mieliśmy postawić nasz Baobab o 9. Ale, choć to drzewo to nie lubi deszczu... Czekaliśmy trochę przybici aż przestanie padać, albo kiedy będzie choć trochę mżyć. Bezskutecznie. Cały dzień, jak na złość upłynął w kroplach deszczu. A tak perfekcyjnie zaplanowaliśmy każdy szczegół naszej akcji. A tu nie dość, że mokro to jeszcze bez Baobabu i ludzi na ulicach... Prawie wszystkie przygotowane programy nie mogły zostać zrealizowane... Zbieramy siły na Warszawę i wzmacniamy kampanię rowerową na trasie. Zrobiliśmy nową flagę:) W ramach zadośćuczynienia, że Baobab Kazimierza nie mógł zobaczyć. Z nową energią czekamy na jutro. Jedynym punktem programu na którym nie padało był film puszczany na łódce "Dziunia" w porcie. Był to "Age of Stupid"- polecamy- bo warto!

sobota, 18 lipca 2009

Dzień 7: Kraśnik - Kazimerz Dolny

Oj piękna to była droga. Opuściliśmy gościnne progi, w których dane nam było zjeść śniadanie przy ogromnym stole jak z filmów o szlachcie:) Nareszcie po płaskim miła odmiana bo wczorajszych górkach. Udaliśmy się przez Urząd w kierunku Opola Lubebelskiego żeby delektować się długą i widoczną aż po horyzont drogą. Kilometry mijały jak z bicza strzelił, a Kazimierz przywitał nas piękną słoneczną pogodą i tłumem ludzi, co bardzo dobrze wróży naszej jutrzejszej akcji. Wieczorem spotkaliśmy się na polu namiotowym z Polską Zieloną Siecią i ich tratwą, żeby ustalić plan działania akcji i w dobrych humorach położyliśmy się spać. Nikt z nas nie przewidział, co miało się wydarzyć następnego dnia....

piątek, 17 lipca 2009

Dzień 6: Sandomierz - Kraśnik

Jeśli wczoraj było gorąco, to dziś przerosło nasze wszelkie oczekiwania. Żar dosłownie lał się z nieba, kiedy opuszczaliśmy piękny Sandomierz. Zdążyliśmy jeszcze podjechać na rynek, aby zobaczyć sławnego księdza detektywa w akcji, zrobić ostatnie zdjęcie - i ruszyliśmy w dalszą drogę. Vera, jak zresztą każdego dnia, mogła zostać dłużej i pozwiedzać miasto, aby później łapiąc stopa jakoś dostać się do Kraśnika. Po drodze największym zaskoczeniem był dla nas pewien sklepik na polskiej prowincji. Otóż w tym niepozornym miejscu jedna gałka lodów kosztowała 80 groszy! Przypomniały się stare dobre czasy, kiedy takie ceny były na porządku dziennym. Ale jak widać i teraz można się jeszcze pozytywnie zaskoczyć:) Zlani potem dopedałowaliśmy do kraśnika fabrycznego w poszukiwaniu naszego lokum. Znaleźliśmy go w miłej osiedlowej parafii. Mieliśmy także dużo szczęścia, bo tuż obok znajdował się sklep i serwis rowerowy, a rumak Alban'a bardzo potrzebował reanimacji:)

czwartek, 16 lipca 2009

dzień 5: Opatów - Sandomierz

Nie mozna powiedzieć ze dzisiaj wznieślismy się na wyzyny. No moze i dosłownie to trochę tak było - bo górek w tej części Polski co niemiara, ale zawrotnego tempa to na pewno nie osiągnęliśmy. Pewnie był to efekt wczorajszego męczącego dnia. Zregenerowaliśmy jednak trochę siły w kolegiacie św. Marcina w Opatowie, gdzie ugościł nas sympatyczny pan Czesio i udaliśmy się na szybkie zwiedzanie podziemnych magazynów kupieckich. Było zimno, ale ciekawie. Nie jest tajemnicą dla każdego rowerzysty, że podróżowanie głównymi drogami i wdychanie oparów najbardziej nawet kolorowych tirów, nie należy do przyjemności. Dlatego więc postanowiliśmy unikać głównej drogi, zwłaszcza, że na mapie w Pttk w Opatowie zauważyliśmy, że miasto to obfituje w sporą liczbę szlaków rowerowych. Jak się okazało oznaczone są one tylko w teorii. Co zaowocowało dość długą jazdą na tzw: "czuja", a następnie rozmowami z prawie każdym napotkanym człowiekiem. Z tym, że pytania z naszej strony były dość monotonne: którędy do Sandomierza. Często jedynymi naszymi respondentami były dzieci, gdyż rodzice pracowali gdzieć w polu. Z większym i mniejszym szczęściem pokonaliśmy w końcu bezdroża polskiej wsi i wśród sadów morelowych i czereśniowych dotarliśmy do głównej drogi i do samego Sandomierza. Tutaj zostaliśmy iście po polsku ugoszczeni przez mamę koleżanki polską wersją sławnego węgierskiego leczo. Veronika węgierka fanką tego dania na swej ziemi nie jest, ale w Polsce zjadła ze smakiem. Co więcej mówi, że dla niej wycieczka po Polsce to podróż iście kulinarna, bo wiedzą wtajemniczeni, że na Węgrzech warzywa są na talerzu dość rzadkim gościem:)

środa, 15 lipca 2009

dzień 4: Busko Zdrój - Opatów

Był to długi dzień. Bardzo długi. Według wersji oficjalnej pokonaliśmy ponad 70 kilometrów (nieoficjalnie niektórzy pokonali więcej) a dodając do tego średnią temperaturę powietrza powyżej 35 stopni i bezchmurne niebo, trzeba by pewnie to pomnożyć przez 2. Lało się z nas - przyznajmy to szczerze. Jak tak dalej pójdzie to będziemy wyglądać jak bez mała mieszkańcy czarnego lądu - i to bez żadnego udziału solarium! Dzisiejszy dzień upłynął nam także pod hasłem "faktura". Otóż, do tej pory nie zdawaliśmy sobie sprawy jak przerażające może być to słowo i jaki blady strach może rozbudzić na twarzach ekspedientek i ekspedientów. Na dźwięk tego słowa milkną wszelkie rozmowy. A po co komu faktura? Faktury się zachciało? To za tydzień można wystawić, albo za miesiąć? Jak to na dziś? Jak to przejazdem jesteście? Przecież to co najmniej jeden dzień się pisze! A co to za zagraniczny adres?! Nie ma mowy! Często takich właśnie odpowiedzi musieliśmy słuchać:) No coż co kraj to obyczaj, ale przypomnijmy tylko jeden szczegół, że fakturę na Węgrzech może wydrukować nawet kierowca autobusu, u którego kupujemy bilet. I to bez mrugnięcia okiem:) No cóż, z tego wszystkiego jesteśmy już mądrzejsi o jedno rozwiązanie. W sieci sklepów z popularnym czerwonym insektem:wystarczy w węgierskim nipie opuścić jedną cyfrę a następnie dopisać ją długopisem - i szafa gra:) W taki to fakturowym szale dojechaliśmy do Opatowa. Po drodze odwiedziliśmy zamek Krzyżtopór w Ujeździe - istny raj dla chłopców lubiących chodzić po podmokłych piwnicach. A i wśród nas dwóch takich się znalazło:)
A prawie o zmroku dotarliśmy do pięknego opatowa, gdzie ugościł nas Pan Czesio, na polecenie księdza z Kolegiaty, a Vera ugotowała dla nas pyszną orientalną kolację:)

wtorek, 14 lipca 2009

Dzień 3: Kazimierza Wielka - Busko Zdrój

Po uroczym noclegu w piwnicy kościoła, który z zewnątrz bardziej przypominał willę udaliśmy się w dalszą drogę. Kierunek Busko Zdrój - uzdrowisko. Było bardzo gorąco. Główne wspomnienie Very: długie czekanie na resztę ekipy. Główe wspomnienie Albana: maślanka, której niektórzy posmakowali po raz pierwszy w życiu:) Droga głównie wiodła pod górę więc mogliśmy poćwiczyć mięśnie:) W Busku Zdroju ugościł nas ksiądz z parafii Brata Alberta, który nawet zaprosił nas w odwiedziny następnym razem i dziwił się, dlaczego zostajemy tak krótko:) Skorzystamy, skorzystamy:) Dzięki Pani Mirce, która pozwoliła nam wejść do swojego królestwa, czyli kuchni mogliśmy zjeść pyszny obiad ugotowany wspólnymi siłami.

poniedziałek, 13 lipca 2009

Dzień 2: Niepołomice - Kazimierza Wielka

Z wielkim żalem opuszczaliśmy niesamowicie gościnną parafie w Niepołomicach i jej niezwykle sympatycznego księdza. Udaliśmy się jeszcze na zamek, żeby Veronika i jej kolega marcin, którzy nie mogli obejrzeć go w nocy przyjrzeli się włóściom królowej Bony (która sprowadziła do Polski warzywa). A potem już tylko pedałowanie i pedałowanie aż do Kazi

niedziela, 12 lipca 2009

Dzień 1: Kraków - Niepołomice

Dziś 350.org podbijał Wieliczkę:) Nasza rowerowa trójka (Alban, Paweł, Marta) udała się tam na swoich dwóch kółkach, a Vera wraz z Csabą samochodem.Veronika natomiast udała się na podbój Tyńca. Zwiedzającż kopalnię ćwiczyliśmy się w sztuce uniku szukając najlepszego naszym zwiedzaniem przewodnika. Po długim zwiedzaniu, na które przewidujący chłopcy przygotowali sobie nawet kanapki, i robieniu podziemnych zdjęć z 350, udaliśmy się w drogę do Niepołomic. o jakże piękne jest to miasteczko! Zostaliśmy ugoszczeniu iście po królewsku przez proboszcza parafii przy rynku. Dostąpiliśmy nawet zaszczytu bycia przez niego oprowadzonym po mieście, po zamku (po godzinach zamknięcia) oraz posmakowania lokalnych lodów (też po zamknięciu i na zaproszenie ksiedza!). Było wspaniale:) Jeśli tylko macie chwilę czasu koniecznie odwiedźcie ten piękny kawałek Polski!

Zaczęło się!

Zaczęliśmy polską część kampanii.

Przedwczoraj w Krakowie pierwszy raz postawiliśmy Baobab. 12 godzin na nadwiślańskim bulwarze było męczące, ale w końcu pierwszy raz go pokazaliśmy. Gdyby nie brzydka pogoda, wczoraj postawilibyśmy go jeszcze raz - znaleźliśmy sobie miejsce i wszystko było gotowe, ale chmury nas odstraszyły. Zwiedziliśmy miasto, nocowaliśmy u jezuitów, pora ruszać w dalszą drogę.
Dziś start wyprawy rowerowej. Wieliczka - zwiedzanie kopalni soli - i Niepołomice. Cała ekipa miała jechać na rowerach, ale okazało się że Vera ma problemy z kolanem. Nie może jechać ze wszystkimi, ale i nie wraca do domu - będzie pokonywać trasę tak, jak da radę: idąc i stopem. Pierwszy dzień wyprawy przed nami!

czwartek, 9 lipca 2009

No to w Polskę

Wiem, że dawno nic nie napisałam. Ale jakoś czasu nie było. Kocioł totalny.
Dziś jadę do Polski. Co będę tam robić? www.messzelato.hu/baobab.

Zapraszam na nowego bloga z całej akcji, gdzie chwilowo toczyć się będzie moje życie. Przynajmniej do końca lipca:) www.baobab350org.blogspot.com

środa, 8 lipca 2009

O co chodzi w całej kampanii?

Odliczanie - 1 dzień do wyjazdu.

Już jutro zaczynamy! Jedziemy do Polski małym wypchanym po brzegi samochodem Csaby. Dziś jeszcze ostatnie drukowanie, załatwianie, korekty. I jak na złość jeszcze w biurze nie było internetu.
Na szczeście rozwiązał się nasz największy problem: jak z Budapesztu dojechać do Krakowa inaczej niż się teleportując. Dodajmy- dojechać z czterema rowerami. Jeszcze przedwczoraj scenariusze były czarne. Okazało się że w międzynarodowych pociągach nie można przewozić rowerów! No to genialnie wymyśliliśmy, że może da radę autobusem. Ba! Nawet zadzwoniliśmy, żeby sie upewnić czy można! Można! Ale co z tego skoro w skasowano połączenia w czwartek! Na szczeście z pomocą przyszli rodzice Very, którzy zawiozą ją i część naszej ekipy do Krakowa. Druga część pojedzie z Csabą. Dużo do zrobienia i niewiele czasu na pisanie.

poniedziałek, 22 czerwca 2009

Studia i dowody zbrodni




Jako, że mało czasu na pisanie wkleję kilka fotek z cyklu co się robi wieczorami w Budapeszcie. Trochę niektóre są w temacie dwa posty niżej. Naprawdę warto spędzić choć trochę czasu w BP jeśli nie dla ładnych zabytków i super ekstra gorących źródeł, to chociaż dla jego niesamowitej multikulturowej atmosfery. A już zwłaszcza, jak jest ciepło, to można sobie trochę poszaleć. Toruński bulwar się chowa:) Dziś zaczęłam Summer Universty na CEU (Uniwersytet Środkowo Europejski) w Budapeszcie. Temat to "Romany Studies". Na początku myślałam, że jestem na to wszystko za głupia i o czym ja tam mogę rozmawiać z ludźmi co dokrotaty piszą, ale wystarczyło 10 minut i przypomniałam sobie, że dokrtoranci to tacy sami ludzie jak my:) I już było fajnie:) W ramach projektów grupowych badamy zgadanijcie co? Oczywiście 8 dzielnicę BP co za niespodzianka:)

niedziela, 21 czerwca 2009

Noc Muzeów





Byłam, owszem. Ale chyba BP to jedyne miejsce na świecie, gdzie trzeba płacić. I to 1300 Ft. No cóż zapłaciłam. Raz się żyje. Polecam dom terroru - jedno z najlepiej "zrobionych" muzeów, jakie widziałam w życiu. Muzeum znajduje się przy alei Andrássy'ego 60, w dawnej kwaterze głównej Strzałokrzyżowców oraz siedzibie stalinowskiej policji politycznej ÁVH. Stanowi jednocześnie pomnik ofiar totalitaryzmu na Węgrzech i bohaterów rewolucji 1956 roku. Spędziłam tam prawie 2godziny, nie dlatego, że aż tyle było do oglądania, ale po prostu tak wolno można się było poruszać robiąc zaledwie tip topy. Tyle było ludu. Zaczyna się od ostaniego piętra, a potem schodzi w dół, gdzie znajdują sie lochy. Robi olbrzymie wrażenie. Jest też wystawa stała o Katyniu, którą trzeba oglądać w ciszy. I byłam zszokowana, że ludzie czytali wszystkie teksty, a było tego sporo! Potem szybko pobiegłam do Műcsarnok muzeum sztuki współczesnej. Bardzo interaktywne i przez to arcyciekawe:) Okazało się, że musiałam pracować w sobotę o 22, więc zwiedziłam także muzeum na zamku. Zofi miało swoje stoisko w bibliotece i reklamowało swój projekt "Budapest korzo" - chcą, żeby niektóre ulice miasta były wolne od samochodów w weekendy. Kampania ta bardzo ambitna na razie polega na zbieraniu podpisów. Za dużo się nie napracowałam, ale zrobiłam parę zdjęć dla potomnych:)

piątek, 19 czerwca 2009

Anioł nad Visegrád :)

Kto powiedział, że tylko w weekend można mieć wolne?
Właśnie dlatego, że nikt, postanowiłyśmy z Liną (wolontariuszką EVS ze Słowacji) udać się na jakąś wspólną wycieczkę. Wybór padł na Visegrád, bo wszyscymówili, że ładnie. No i blisko. Było pięknie:) Zresztą każdy może ocenić sam. Towarzyszyli nam 2 couch surferzy z UK i Australii którzy też z nicnierobienia mieli wolny piątek:) Na jednym zdjęciu widać nawet "anioła":)

Jak się napić, czyli "nie jestem cholernym hipi!"

O piwie będzie. W Budapeszcie (i pewnie na całych Węgrzech) można pić alkohol legalnie w miejscach publicznych. W sumie nie wiadomo na 100% czy takie jest prawo, ale w każdym razie tak pokazuje codzienna praktyka. Nie trzeba się więc ukrywać po bramach i przelewać piwa do butelek po pepsi. Można jak "ludź" napić się na ulicy. Węgry to taki śmieszny kraj, w którym mimo widocznych na każdym kraju kontrolerów tak naprawdę sprawdza się tylko bilety i to jeszcze pobieżnie. Dochodzi nawet do takich sytuacji, że niektórzy jeżdżąc na rowerze trzymają w jednej ręce trunek, a w drugiej kierownicę, ale ja tego akurat nie pochwalam. W każdym razie nikt nie odbiera tu za to prawa jazdy ani nie trzeba płacić kolegium. Z tej swobody obyczajowej wynikają czasem prześmieszne sytuacje. Wprost pachnące karykaturą. Można na przykład wypić piwo siedząc na schodach opery. A tutaj do opery ludzie potrafią się wystroić tak, że na sam widok z wrażenia robi się słabo. Pięknie i połyskliwie. No i mogą sobie tacy dostojni ludzie schodzić po schodach obok pijących piwo. No cóż, przecież każdy chce czasem liznąć trochę kultury. Nawet jeśli będzie ona o smaku chmielu, to przecież prawie w operze, a to się liczy. Oprócz złotego trunku można skosztować trochę "etykiety" na przykład takiej: kto kupuje piwo w supermarkecie jak idzie na imprezę jest wg Amandy "cholernym hipi", a kto je spożywa na ulicy może stać się nawet "punkiem". Popełniliśmy nawet parę razy taki mały grzeszek. Ale możemy to zawsze zwalić na couch surferów, którzy nie dość, że nic nie robią tylko się po świecie włóczą, to jeszcze ten świat demoralizują. A fe!

wtorek, 16 czerwca 2009

1000 kilometrów rowerem (Kraków - Gdańsk)


No i postanowione. Miało być spływanie tratwą, łódką albo czymkolwiek co tylko jest w stanie płynąć Wisłą. Jednak pływanie królową polskich rzek nie należy w naszym kraju do najpopularniejszych. Potem miał być kajak, to wszyscy mnie nastraszyli, że się potopimy. A że to nie miało być celem całej eskapady, to postanowiłam odpuścić podróż przez Polskę drogą wodną. Pojedziemy rowerami, jak podsunęła Judit z 350.org. 1000 kilometrów. Z Krakowa do Gdańska w ramach objazdowej kampanii klimatycznej "Baobab". Polska Zielona Sieć popłynie zbudowaną przez siebie tratwą (która kosztować będzie "tylko" 15000 zł). Trasa dokładna się ustali, ale przynajmniej tą drogą Vera (Węgry), Alban (Francja) i jeszcze jedna Vera (Serbia) zobaczą trochę Polski. Przemęczać sie na pewno nie będziemy, bo na całą wycieczkę mamy 30 dni (tak wolno PZS będzie płynąć swoją tratwą). W wioskach i miastach, przez które będziemy pedałować zamierzamy wzbudzać entuzjazm i zainteresowanie 350.org oraz naszymi kolorowymi flagami (które na razie istnieją tylko w naszych umysłach:). Natomiast w Krakowie (10.07), Kazimierzu (19.07), Warszawie (24.07), Toruniu (1.08) i Gdańsku (08.08) będziemy promować happening pt: "ożywić baobab". 5,5 metrowa instalacja przedstawia drzewo, którego konary są uschnięte. Dopiero wspólne działanie pięciu osób, które dłońmi zatkają otwory w pniu powoduje, że gałęzie unoszą się i baobab pokazuje się w pełnej krasie:) Podobnie dzieje się w przypadku przeciwdziałania zmianom klimatu. Tylko razem możemy coś zmienić:) Każdy, kto będzie chciał będzie mógł się do nas dołączyć w każdym momencie trasy. Zapraszam:) Rozwijam się nie ma co! Kolejny rajd nie dość, że jest międzynarodowy, to jeszcze z przesłaniem:)

Akademia smakoszy praw człowieka



12-14.06 wraz z Bogi z sukcesem przeprowadziłyśmy "Human Rights' Tasters Academy" nasz własny projekt, który z dumą możemy nazwać sukcesem. 15 uczestników, wiele narodowści (Węgrzy, Amerykanin, Francuzi, Włoszka, Hiszpan, Niemka), wspólna radość z tych 3 dni spędzonych wspólnie w Salföld nad Balatonem. Co prawda pewnie wielu po spaniu pod namiotem kuruje teraz swoje gardła, ale było warto. Wesoło było zwłaszcza w pociągu powrotnym do BP - niczym w polsce jak sardynki w puszce siedzieliśmy na podłodze wciśnięci pomiędzy ścianę a toaletę. W takich momentach można tylko współczuć palaczom, kiedy przypili ich nagła potrzeba. A tak właśnie było z Amandą i Tomim, którzy postanowili oddać się tej przyjemności w miejscu łączenia się wagonów. Właśnie z w tym momencie powstały takie ciekawe zdjęcia.

Pracokatastrofizm i pożegnania


Wypadało by coś od czasu do czasu napisać jak się ma już bloga. Tak myślę. Gorzej jak się nie ma czasu, co mi sie ostatnio często zdarza. Justyna wyjechała, wróciła do Polski, choć bardzo chciała zostać. Skończył się jej EVS. Wsiadła do pociagu, bo niby narzeczony, dom, remont, kaloryfery i studia, ale nie wyglądała na najszczęśliwszą. Tu było jej życie. Rozwijało się powoli przez rok i zapuściło silne korzenie. Coraz więcej bliskich ludzi kończy swoje projekty i wyjeżdża. Policzyłyśmy z Amandą dziś, że będziemy się widzieć jescze tylko 4 tygodnie. Szybko wszystko mija. Justyna dzięki za wszystko. Trzymam kciuki:) No i póki co do BP zawsze możesz wrócić:)

niedziela, 7 czerwca 2009

Wódka i kiełbasa

Jak świętuje się bierzmowanie w polskim kościele w Budapeszcie? Kilogramami polskiej (!) kiełbasy w 10 odsłonach, podlany litrami wódki, bigosem i żurkiem. Innymi słowy wydaje się party w ogrodzie na sto osób i zaprasza na darmowy obiad każdego, kto przyszedł na mszę. W tle najpierw śpiewa chór a potem do kotleta lecą już weselne szlagiery jak "mały biały domek"... Toć to bardziej polskie niż polska!

środa, 3 czerwca 2009

Żydowskie wesele .... w dresie

Byłam na żydowskim weselu. W niedzielę. Chociaż jak się głębiej zastanowić to nie wiem czy aż takie bardzo żydowskie to ono było. Owszem był taki baldachim, pod którym stała para młoda, były modlitwy po hebrajsku, było tłuczenie kieliszka w szmatce, panowie w jarmułkach, ale... Wszyscy goście to z polskiego punktu widzenia nie za bardzo ubrani byli na tę okazję. Stał przed nami np. pan w dresie z 3 paskami i w bejsbolówce, rodzina Państwa młodych bez krawatów, jakaś taka rozchełstana, a 90 gości w dżinsach i jak do pielenia ogrodu, a nie na wesele. No owszem było na zaproszeniu zapisane, żeby się ubrać wygodnie. No to się z Amandą ubrałyśmy - w sukienki, co nam się wydało oczywiste. A tu wszyscy zszokowani byli, że tak ładnie wyglądamy! To ci dopiero. Impreza ogólnie była bardzo dziwna. Każdy przyniósł coś do jedzenia i z tego był szwedzki stół, potem jeszcze przed ślubem wszyscy zaczęli jeść tak że nie wiadomo było czy to grill ze znajomymi czy wesele, no a potem były przysięgi i kołysanki śpiewane ładnie przez jedną panią. Miało się wrażenie, że to imieniny u cioci, a nie wesele. Dopiero jakieś 3h potem były tradycyjne tańce węgierskie (albo może żydowskie...), ale grunt, że państwo młodzi zadowoleni byli... bo chyba byli//

Esztergom - najbardziej katolickie miasto na Węgrzech













Jak dla mnie to prawie każde miasto w Polsce jest bardziej katolickie, ale niech już Węgrom będzie. Esztergom jest naprawdę piękny i koniecznie trzeba go zobaczyć jak się jest chociaż na troszkę dłużej w Budapeszcie. Bazylika - największa na Węgrzech, i 5 (?) w Europie. Z dziejami bazyliki związane są dwa polskie epizody: w kaplicy Bakócza Jan III Sobieski odśpiewał uroczyste Te Deum po rozgromieniu Turków pod Parkanami (dziś Štúrovo na drugim brzegu rzeki), a trzy wieki później świątynię odwiedził papież Jan Paweł II podczas pielgrzymki na Węgry w 1991 r. Obydwa wydarzenia upamiętniają tablice przy wejściu do bazyliki. Ogólnie sporo polskich akcentów. A jaki piękny widok na Dunaj- naprawdę zapiera dech w piersiach. Esztergom znany jest na Węgrzech z dwóch rzeczy - fabryki Suzuki (choć nie każdy jeździ tu tą marką - sprawdziłam:) no i z tego katolicyzmu. To tutaj znajduje się pomnik upamiętniający chrzest króla Stefana Świętego, który jednocześniej był chrztem Węgier (997 - policyjny rok:). Robi wielkie wrażenie. Miasto całe też bardzo urokliwe z cudną fontanną z motywem przewodnim muszli. Ogólnie zabrakło mi słów. A jakie ładne pociągi jeżdżą do Esztergom:) No i jeszcze jedna węgierska perełka ręcznie ustawiana tablica informacyjna z godzinami odjazdów pociągów. Są nawet małe zegarki z ruchomymi wskazówkami!

Pałac Sissi - Gödölő













Podobno spędziła w nim z Franciszkiem Józefem najpiękniejsze lata życia (i ich małżeństwa). Jak na tak sławny pałac - trochę rozczarowuje, ale może ja mam po prostu za duże oczekiwania. Spontanicznie nie mając co zrobić z wolnym czasem udalismy się HÉV (kolejka podmiejska) do Gödölő 3o km od Budapesztu. Miła i tania wycieczka (300 HUF jak się ma bilet miesięczny:). Miasteczko krótko mówiąc szału nie robi. Zresztą pałac także. A przymajmniej jego ogród - mocno zaniedbany. No ale sławne miejsce, grzech było nie zobaczyć i poczuć magię miejsca:) W Gödölő znajduje się także gong pokoju darowany przez Indonezję. No i to by było na tyle w temacie tego miasteczka:)

baba z wozem...czyli Székesfehérvár








Tak się przeważnie kończą nieokrzesane marzenia o wylegiwaniu się nad brzegiem Balatonu. Zostają zmyte rzęsistym deszczem i wywiane z głowy porwistym wiatrem. Miało być słońce, jezioro, błogie lenistwo, autostop. Skończyło się na podróży pociągiem do Lubljany. Z tym że z wysiadką w Székesfehérvár, które przywitało nas gradem. To już się można było załamać. Postaliśmy sobie trochę pod wiatą dworca i postanowiliśmy udać się na tak zwane zwiedzanie orientalne. Wymyślasz, gdzie chcesz jechać. Sprawdzasz pociągi, czytasz na wikipedii co tam jest ciekawego, ale przeważnie nie zdążysz doczytać do końca, bo już musisz biec na pociąg. Zziajany wsiadasz do uroczego środka lokomocji. Szukasz gdzie możesz usiąść nie mając miejscówki i się relaksujesz. Dojeżdżasz do stacji przeznaczenia. Wysiadasz, pytasz się łamanym węgierskim gdzie tu centrum i idziesz w kierunku niedbale pokazanym przez dłoń innego podróżnego. Bez mapy, bez przewodnika, orientując się po drodze czy w danym miesjcu jest coś co wygląda interesująco. Székesfehérvár - ładne miasto, chyba mają duże kwiaciarnie, bo wszystkie pomniki opływały w kwiatowych wiązankach. A pomników to tak że hoho w tym najstarszym mieście na Węgrzech. Jednak ja się uparłam na babę z wozem, którą kątem oka zauważyłam na wikipedii kiedy zamykalam komputer. To chodziliśmy w te i wewte nawołując, aż w końcu poszłam do informacji turystycznej i się pytam, gdzie ta baba. No to pan mi pokazał i już wszyscy byli szczęśliwi. Wartością dodaną tej taniej (500HUF w 1 stronę) wycieczki był węgierski zwyczaj wystawiania tablo licealistów w witrynach sklepowych. Co kraj to obyczaj jak się mówi, ale ciekawe to było.

In the middle of nowhere






To był cud. Żeby o 16 wyjechać z Budapesztu pociągiem. O 17 być w Érd, dopiero o 17.30 zacząć łapać stopa, żeby dojechać do wioski oddalonej o 200 coś km i to przed totalnym zmrokiem to może się udać tylko takim dwóm wariatkom jak Bogi i ja. W sumie jak tak teraz na to patrzę to się dziwię, że mogło tak łatwo pójść, no ale faktem jest, że jazda na stopa po Węgrzech jest o wiele łatwiejsza niż w Polsce. Wioska jak wioska, nie wyglądała wcale ekologiczną. Bo jak wygląda ekologiczna wioska? Domy, ogródki. Moim zdaniem trochę więcej chwastów. I mnóstwo pokrzyw. Mieszkaliśmy w domu jakiejś fundacji, całkiem za darmo (plus jedzenie - "ekologiczne" nie wyglądało zbyt ciekawie, ale było dobre) w zamian za kilkugodzinną pracę. Pech chciał, że jak się akurat obudziliśmy to lało że hoho. Tak więc wraz z Justinem, Amandą i Bogi postanowiliśmy posprzątać dom, żeby nie wyjść na kompletnych darmozjadów. A padać jak na złość nie przestawało. A że jak wiadomo w czasie deszczu dzieci się nudzą Amanda wykonywała taniec z sierpem, a ja nagrywałam ambitne filmiki z cyklu jaki to rasizm panuje w Dravafok (z Justinem jako oprawcą i Amandą - jako tą ciemiężoną przedstawicielką ciemniejszej kolorystycznie rasy). Wesoło było. Pierwszy w historii wyjazd z etykietą Zofi, na którym było naprawdę super. W końcu jednak trochę popracowaliśmy. Przerzucając jeden stos gałęzi na drugi. Bardzo ambitna ta praca, dzięki wielkim powierzchniowo oparzeniom na naszej skórze nie pozwoliła nam zapomnieć po co tam byliśmy. Następnego dnia dobitnie doświadczylismy co to znaczy próbować się wydostać z małej wsi pośrodku niczego. W akcie desperacji stałyśmy na środku skrzyżowania i łapałyśmy stopa w każdym kierunku, byle out:) Udało się, chyba dlatego, że ciągle jeździły tam te same samochody i w końcu nie mogli już na nas patrzyć:)

wtorek, 26 maja 2009

Hymn na czas wojny:)

Na wojennej ścieżce...

No to zaczęłam swoją małą wojnę z tutejszym brakiem zrozumienia co do wolontariatu... Jak to mówi niezawodny tekst ze "Stawki większej niż życie": "Nie ze mną te numery, Bruner".
Tak więc zaczynam uzbrojona w piękną i jakże adekwatna modlitwę:
"Boże, daj mi siłę, abym zmieniał rzeczy, które zmieniać trzeba i można, daj mi pokorę, abym się pogodził z rzeczami, których zmienić się nie da, i daj mi mądrość, abym potrafił odróżnić jedne od drugich."

poniedziałek, 25 maja 2009

A myślałam, że gorzej już być nie może....a to się można zdziwić


To był tak koszmarny dzień że szkoda pisać. Miałam pojechać na farmę. Nie pojechałam. Zostałam za to zwymyślana przez telefon - niesłusznie z polskiego punktu widzenia (z węgierskiego - wręcz przeciwnie). Kazano mi jednak sprzątać. No to posprzątałam tylko po to, żeby później usłyszeć, że powinnam robić wszystko co mi karzą nie ważne czy jest w mojej umówie czy nie. No i że zarabiam tyle co jedna dziewczyna, a pracuję mniej. No to poznałam dziś węgierską definicję wolontariatu - praca przymusowa za pieniądze. Bardzo to ciekawe. A jeszcze bardziej co na to powie Narodowa Agencja programu młodzież jak to usłyszy. No chyba że tym wirusem to już wszyscy są tu zarażeni. A ja głupia nieboga myślałam, żem tu przyjechała czynić pokój i dobro - a ja tu przecież jestem żeby kasę zbijać! I to jaką - na polskie 400zł, a w przeliczeniu na Węgierskie ceny to jakieś 200. Toć ja jak królowa tu żyje. No i jak śmiem mówić, że wolontariusz to za darmo pracuje. A gdzie tam:)! I że jeszcze dobrowolnie i że powinien być doceniany - za takie poglądy tutaj czeka mnie stos i ciężkie tortury. Jedynie mój czeski przyjaciel jest dla mnie pociechą:) No jednak miałam nie jechać na farmę, ale może sie uda. Bogi zgodziła sie ze mną spróbować na stopa dojechać do tej wioski przy granicy z Chorwacją. Przynajmniej już znam jej nazwę. Co prawda wyjeżdżamy dopiero o 16 więc są duże szanse, że dotrzemy tylko do Szekszárd, ale co tam! Witaj przygodo! Żegnajcie ludzie nie rozumiejący co to wolontariat!

Eko farma

Do czwartku będę na eko farmie gdzieś pod Pécs (gdzieś lecz nie wiadomo gdzie - jak śpiewał Wodecki). Co tam będę robić ? Uprawiać ogródek zapewne - czyli oddawać się czynności, która przyprawia mnie o dreszcze - i to wcale nie ekstazy. Wkrótce fotorelacja z tego cudacznego wyjazdu.

niedziela, 24 maja 2009

ucieczka do Szekszárd

Wymigałam się od sprzątania biura i uciekłam do Szekszárd do Justyny. Miasteczko powiedzmy sobie szczerze nie robi powalającego wrażenia, ale ma jakiś swój urok;) Akurat był festyn organizowany przez Polip to nawet trochę popracowałam. I to nawet ciężko - malując dzieciom twarze. Praca artystki jest jednak męcząca. Zwłaszcza, gdy musi zmierzyć się z kreatywnością dzieci. Czego to one nie chciały?! Pośród standardowych motyli i tygrysów, znalazły się: chomiki, sowy, dinozaury, nietoperze i hit dnia - spiderman, w którym doszłam do perfekcji:D. Szekszárd to miasto cieszące się albo wysoką płodnością ludzi i przyrostem naturalnym albo sławą swoich licznych placy zabaw. W mieście tym bowiem aż roi się od dzieci. Ale nie to najbardziej powaliło mnie na łopatki. Otóż Węgry to taki ciekawy kraj, w którym pomiędzy jedną wioską a drugą jeździ Inter pici (taki mały inter city), na który trzeba wykupić miejscówkę. Kto by pomyślał! W głowie się im poprzewracało!

piątek, 22 maja 2009

O łódko ja nie mogę!

Ja nie mogę Węgrzy mnie kiedyś dobiją albo jeszcze gorzej do samobójstwa doprowadzą. Normalnie aż musiałam się udać na retail therapy żeby odreagować! Tak niezorganizowanych ludzi to naprawdę nigdzie indziej nie widziałam. Praca z nimi to męka. Jak powiedziała kiedyś Ania do jednego doktora - ręce opadają i już się nie podniosą. Z reczy mniej podnoszących ciśnienie poszukuję aktualnie łódki która będzie w stanie przewieźć 7 osób, Wisłą z Krakowa do Gdańska. Jak mi napisał jeden miły kapitan musi być taka co zanurza się na nie więcej niż 30 cm bo inaczej płynięcie Wisłą to droga przez mękę (zwaną tutaj mielizną). Skąd ja mam niby taką wziąć?

poniedziałek, 18 maja 2009

Living Library





Udało się. Na wariackich papierach, ale jednak można zrobić coś fajnego na nawet na niezbyt udanym festivalu. Mowa tu o Magdi Festival, który odbył sie 16 maja na Tavaszmezo utca w 8 dzielnicy Budapesztu, a który organizowała moja organizacja. W sumie warto zadać sobie pytanie czy zorganizowała. Ludzi jak na lekarstwo było - co można zobaczyć na zdjęciach. Jednak żywa biblioteka okazała się udanym strzałem. Wszystko dzięki współpracy dream team - Orsi, Tunde i mnie:). Co prawda w sobotę rano czułam się jakbym pracowala w drukarni siedząc za kompem i produkując ulotki, naklejki, strzałki etc. Jednak podniosłam swój problem-solving o 100% rozwiązując problemy z drukowaniem po wegiersku (bladego pojęcia nie mam jak, coś tam poklikałam i zadziałało). Mnie się udało, a jak to możliwe, że Węgrzy w swoim języku nie umieli? Albo ja jestem geniuszem, albo z tym krajem coś nie bardzo. W każdym razie zawisł baner nad bramą do Roma Parlament, na którego podwórku odbywała sie żywa biblioteka. W żywej bibliotece zamiast książek "wypożycza" się ludzi, którzy uosabiają jakieś stereotypy na max godzinę. Można sobie z nimi szczerze pogadać etc. Nasze książki to: ex-ksiądz - kiedyś wędrujący z Romami, potem wystąpił z Kościoła, ale nadal może udzielać sakramentów społeczności romskiej (nie mam pojęcia dlaczego); lesbijka, feministka, ex-drugger, i uchodźca z Afganistanu - który okazal się hitem:) Super fajny chłopak naprawdę pragnący szczęscia dla swojego kraju - no i po co się tam pchają Polscy żołnieże? To i tak nic nie pomoże. 4 godziny, 20 czytelników. Byliśmy z siebie dumni.