Zostałam poproszona o opisanie mojej drogi do EVS, więc popełnię jeszcze kilka postów na moim blogu, dla zainteresowanych:)
O EVS wiedziałam już sporo wcześniej, bo blisko związana jestem ze środowiskiem pozarządowym. Chciałam wyjechać do kraju niemieckojęzycznego, żeby podszkolić język. Nawet już rozmawiałam z jedną dziewczyną z Austrii, ale okazało się że musiałabym dopłacić sporo do tego interesu (bo wysokie koszty życia), a pieniędzy jako świeża absolwentka nie miałam. EVS był moim marzeniem i wcale nie wyglądało, że to marzenie kiedyś się spełni. Same kłody pod nogi i już myślałam, że się nie uda, bo będę musiała szukać pracy, a wiadomo że wtedy to już jak śliwka w kompot- kaplica.
Po studiach wyjechałam na rowerową pielgrzymkę camino de Santiago w Hiszpanii, po powrocie miałam szukać pracy, ale jednocześnie było we mnie ogromne pragnienie, żeby gdzieś wyjechać. Zapisałam się więc do AIESEC, żeby wyjechać na praktyki, które oferują. Jakoś się to wszystko nie kleiło, nie było ciekawych ofert, ja nie bardzo mogłam się w tym wszystkim połapać, czasem chodziłam na jakieś rozmowy
kwalifikacyjne, dawałam korki z Business English i jakoś się ciułało dalej. Bo chciałam wyjechać, już w sumie postanowiłam, że przeprowadzę się z Torunia do Poznania w styczniu i zacznę szukać tam pracy.
No i wtedy jakoś z na stronie ngo.pl, którą polecam, a którą przeglądam z przyzwyczajenia znalazłam ogłoszenie o wolnym miejscu na projekcie EVS w Budapeszcie. Ktoś zrezygnował a była już kasa na projekt. Organizacja ekologiczna, szukali kogoś, kto lubi jeździć na rowerze etc. No to pomyślałam, że akurat dla mnie. Wysłałam CV i list motywacyjny i miesiąc później byłam już w Budapeszcie. Wszystko na wariackich papierach, bo niewiele się nad tym zastanawiałam. Skorzystałam z okazji i była to najlepsza decyzja w moim życiu.
Nigdy wcześniej nie byłam na Węgrzech, w sumie nic nie wiedziałam o tym kraju, a na pożegnanie od znajomych dostałam przewodnik. Pojechałam pociągiem nocnym 18 stycznia 2009 roku. No i pierwsze zaskoczenie, jak luksusowe są kuszetki PKP:). Podobno się zagranicą docenia swój kraj, coś w tym jest.
Szoku kulturowego nie przeżyłam, w sumie wiele nas łączy Polaków i Węgrów, Budapeszt - żadna tam egzotyka. Pamiętam swoje pierwsze wrażenie - brud i syf, wszędzie walały się śmieci.
Przyjechałam na dworzec Keleti (dworce to są tam piękne:). Odebrała mnie moja mentorka i współlokatorka. Okazało się, że mieszkamy 5 min od dworca w kamienicy na 3 piętrze. Wtachałyśmy to moje bagaże z niemałym trudem. I tu kolejne zaskoczenie- piękne mieszkanie i mój piękny słoneczny i duży pokój. Ogólnie mieszkania w kamienicach w Budapeszcie, są strasznie duże a sufit to ze 4 metry nad podłogą:)
Moją współlokatorką była Amanda z Francji, która miała pracować w tej samej organizacji. Świetna dziewczyna, choć totalnie inna niż ja, ale super się przez ten nasz pobyt w Budapeszcie bawiłyśmy:)
Pierwsze dni były wprost szalone. Pierwszego dnia byłam na trzech imprezach, co mi się jeszcze w życiu nie zdarzyło. Najpierw poszłyśmy do Zofi - organizacji goszczącej załatwić formalności i się przywitać - w sumie nie miałam żadnych oczekiwań, więc było ok. A wieczorem okazało, się, że idziemy z Amandą na lekcję węgierskiego do Messzelato - także organizacji ekologicznej, w której wolontariusze uczą EVSowców. W tej organizacji poznałam większość swoich przyjaciół w Budapeszcie, i dzięki niej przeżyłam najlepszy rok w życiu. Okazało się, że akurat tego dnia kiedy przyjechałam jest parapetówka w nowym biurze Messzelato, w kamienicy. Poszłyśmy i było super poznałam tylu ludzi, że trudno było spamiętać:) Jak impreza się skończyła to poszłyśmy spotkać się z dwiema Polkami, które akurat kończyły Erasmusa, a potem jeszcze do knajpy:)
Dawno nie spędziłam tak intensywnego tygodnia jak ten mój pierwszy w Budapeszcie:) Mnóstwo ludzi, mnóstwo modnych tam domówek, na których nikogo się nie zna, a jednak można gadać całą noc. Taka głównie była specyfika prawie wszystkich imprez na których byłam i które organizowałam w BP. Jest impreza- to się przyprowadza znajomych:)
W BP dzięki mojej mapie szybko się odnalazłam. I naprawdę bawiłam się świetnie i dobrze zorganizowałam sobie ten czas. No właśnie, moja organizacja goszcząca okazała się niezbyt przygotowana do goszczenia dwóch wolontariuszek EVS nie mieli innego pomysłu na nas niż sprzątanie itp. więc przez pierwsze miesiące pomagałyśmy w wystawie ekologicznej w centrum wystawowym a potem akurat Zofi zmieniało biuro więc, tu napiszę tylko jedno słowo REMONT, które zawiera w sobie ogrom pracy. Czyszczenie, zamiatanie, wiercenie dziur, wieczne dyskusje z Edit (bardzo niezdecydowaną węgierką z organizacji, miłośniczką jogi, organicznej żywności- no miała swój własny świat). To co w Polsce zrobiłabym w tydzień, tam robiłam w miesiąc. Ten czas był najbardziej pracowity, potem już tendencja spadkowa.
Mój projekt z założenia miał trwać 9 miesięcy. Miałam pomagać w projektach ekologicznych i dla społeczności lokalnej w 8 dzielnicy Budapesztu, czyli dla Cyganów (nie Romów, jakbyśmy chcieli powiedzieć poprawnie politycznie, ale właśnie Cyganów, bo tak się nazywają węg. Cigany). Niewtajemniczonym powiem, że o 8 dzielnicy krążą legendy, których ja oczywiście nie znałam. Enklawa ubóstwa, getto cygańskie, kradną i mordują na każdym rogu i inne cuda na kiju. Większość to raczej bajki, bo czułam się tam bezpieczniej niż w Bydgoszczy po zmroku. 8 dzielnica znajduje się w centrum prawie BP przy główniej linii tramwajów 4 i 6, takich ładnych żółtych z klimatyzacją:) Mieszkania są tam tanie, więc można mieszkać w centrum za małe pieniądze. Oczywiście jest mnóstwo cyganów:) Przyjechali oni tu po wojnie wysiedli na dworcu Keleti i osiedlili się tam gdzie stali (to bardzo blisko). Tu też było jedno z ognisk rewolucji w 1956 roku, do tej pory są ślady kul w ścianach kamienic nieremontowanych od lat 50. Taka była też kara za udział w powstaniu - całkowite odcięcie od środków publicznych. Później dzielnica znana była z prostytucji, to akurat na Matyas ter - tam gdzie pracowałam, podobno była ulica czerwonych latarni i wieczorami stały prostytutki. Teraz nie widać, podobno się przeniosły do wnętrz:). Ogólnie sporo o dzielnicy dowiedziałam się dzięki Monice z Zofi, a także dzięki projektowi, który robiłam z innymi studentami na Summer University, na CEU (Universytet Środkowo Europejski - na którym studiowałam przez miesiąc podczas EVS). Dłuuga historia:)
Ogólnie dzielnica ciekawa:) Bardzo i raczej nie można czuć się tam niebezpiecznie:) Pomagałam czasem w Community Center w centrum 8 dzielnicy, czyli Ferencvaros - miasto Józefa (Wszystkie dzielnice mają nazwy, ja np. mieszkałam w 7 Erzsebetvaros- miasto Elżbiety). Bawiłyśmy się z dzieciakami cygańskimi (które albo strasznie wrzeszczały - małe, albo miały wszystko gdzieś - starsze). Pomagałyśmy we Free market, kiedy ludzie przynosili, co im zbywało i wymieniali się z innymi. A tak to niewiele. Największe akcje są opisane na moim blogu.
Jacy są Węgrzy? Tacy, jak napisałam w tytule bloga, że czasem ręce opadają. Boją się zmian, powolnie działają, wiecznie się spóźniają, mają jakiś kompleks niższości, nie lubią zbyt kreatywnych pomysłów, wolą robić to samo, co rok temu. Nie można generalizować, poznałam totalne przeciwieństwa tego opisu. Spóźniają się jednak wszyscy, co mnie straszliwie wkurzało.
EVS to przygoda życia:) Zwłaszcza, że nie trzeba za nią płacić:) Dla mnie BP był strzałem w dziesiątkę. Ale myślę sobie, że to raczej projekt dla tych, którzy wiedzą czego chcą i są w stanie zająć się sobą. Powiedzmy sobie prawdę, większość projektów to fikcja, często pisana żeby NGO mogło się utrzymać (jak się ma 5 wolontariuszy na raz to jest to możliwe, a pracy nawet dla 1 nie ma:). No chyba, że ktoś pracuje np. w przedszkolu, to ma pracę codziennie. A jeśli nie - to mnóstwo wolnego czasu. Poznałam sporo wolontariuszy EVS na Węgrzech i tylko nieliczni faktycznie mieli co robić. Trzeba mieć wiele samozaparcia i jakiś pomysł na siebie. Miałam to szczęście, że byłam w BP- mieście możliwości. Mnóstwo innych NGOsów niż mój, z którymi robiłam fantastyczne rzeczy, chodziłam też na kurs węgierskiego sponsorowany przez Leonardo da Vinci, w sumie jakiś taki biznesowy węgierski na mega wysokim poziomie (oczywiście dużo ponad moim), współpracowałam z SCI robiąc szkolenie nt praw człowieka nad Balatonem, z 350.org, dla którego poświęciłam najwięcej czasu będąc koordynatorką projektu w Polsce (opis na moim blogu). Moje spotkanie z 350.org możliwe dzięki Messzelato (mieli wspólne biuro i ludzi). No i po raz pierwszy w życiu poczułam, że naprawdę można zmieniać świat. Byli tacy dwaj Amerykanie z 350.org - międzynarodowego ruchu na rzecz klimatu, Will i Jeremy. Jeremy miał urodziny, robiliśmy mu niespodziankę na dachu jednej knajpy. A on następnego dnia jechał spotkać się z Kofi Annanem!! To bardzo było dla mnie mocne przeżycie:) Wzięłam też udział w niesamowitym szkoleniu Synergy (też gdzieś na blogu jest opisane).
Tak więc trzeba mieć pomysł na siebie i łatwo się nie poddawać. Najgorzej usiąść i płakać (a znałam takich). EVS to jest Twój czas i masz go przeżyć najlepiej jak potrafisz:) to Twoje jedyne zadanie. Trudniej oczywiście zrobić to na małych wioskach, więc jeśli ktoś nie ma mocnego zacięcia antropologicznego, nie pisze pracy mgr o społeczności lokalnej, do której jedzie, to z całym przekonaniem polecam większe miasta. Zawsze, jak Twoja organizacja okaże się porażką - możesz zwrócić się do innej, no i zawsze w większym mieście jest więcej innych EVSowców - Twoich potencjalnych przyjaciół:)
-

a ja to co? wiesz ja byłam w mniejszej miejscowości, ale dzięki temu poznałam kulturę węgierską i prawdziwych Węgrów. Zupa rybna z ośćmi, jedzenie grzebieni kurzych, czy w ogóle gotowanie obiadu na kotle nad ogniskiem - ja szok kulturowy przeżywałam wiele razy
OdpowiedzUsuńnuta
No jasne, ale Ty to się zaliczasz do tych silnych babek, które primo miały pracę codziennie, secundo były dość dorosłe, żeby się sobą zająć:) No a przecież pamiętasz te wszystkie dziewczyny, głównie Niemki co to się nie mogły odnaleźć. A Twoja Hanna?
OdpowiedzUsuń