sobota, 25 lipca 2009

Dzień 14 Warszawa - Gołymin

Dzisiejszy dzień był dniem tak zwanego świętego lenia. Po pierwsze dlatego, że pociągiem udaliśmy się do Ciechanowa. Pociąg słoneczny dostarczył nam sporo atrakcji. Dziękowaliśmy jednak Bogu, że jesteśmy w kraju, w którym do pociągu można wepchnąć co się chce i gdzie się chce, czyli na przykład rowery w przejściu dla pasażerów. 3 godziny jazdy minęły nam na siedzeniu na podłodze i robieniu kanapek w spartańskich warunkach. Aż w końcu słonecznie uśmiechnął się do nas Ciechanów. Tutaj już czekali na nas dwaj aniołowie pod postacią Pawła rodziców, którzy zabrali nasze bagaże i Verę, a całej czwórce pozostało jeszcze tylko pokonanie 20 kilku kilometrów i dostanie się do Ciechanowa na dwóch kółkach. Tutaj miał też miejsce mały nieszczęśliwy wypadek, gdy to Marta przeskoczyła przez rower i przejechała się po chodniku. Trysnęła krew, ale więcej było strat moralnych niż fizycznych. Szybciej czy później dojechaliśmy do Gołymina, rodzinnej miejscowości Pawła by zostać ugoszczonymi w iście polski sposób- z ogromną ilością jedzenia i napitku. Jednym słowem luz blus w doborowym towarzystwie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz