środa, 15 lipca 2009

dzień 4: Busko Zdrój - Opatów

Był to długi dzień. Bardzo długi. Według wersji oficjalnej pokonaliśmy ponad 70 kilometrów (nieoficjalnie niektórzy pokonali więcej) a dodając do tego średnią temperaturę powietrza powyżej 35 stopni i bezchmurne niebo, trzeba by pewnie to pomnożyć przez 2. Lało się z nas - przyznajmy to szczerze. Jak tak dalej pójdzie to będziemy wyglądać jak bez mała mieszkańcy czarnego lądu - i to bez żadnego udziału solarium! Dzisiejszy dzień upłynął nam także pod hasłem "faktura". Otóż, do tej pory nie zdawaliśmy sobie sprawy jak przerażające może być to słowo i jaki blady strach może rozbudzić na twarzach ekspedientek i ekspedientów. Na dźwięk tego słowa milkną wszelkie rozmowy. A po co komu faktura? Faktury się zachciało? To za tydzień można wystawić, albo za miesiąć? Jak to na dziś? Jak to przejazdem jesteście? Przecież to co najmniej jeden dzień się pisze! A co to za zagraniczny adres?! Nie ma mowy! Często takich właśnie odpowiedzi musieliśmy słuchać:) No coż co kraj to obyczaj, ale przypomnijmy tylko jeden szczegół, że fakturę na Węgrzech może wydrukować nawet kierowca autobusu, u którego kupujemy bilet. I to bez mrugnięcia okiem:) No cóż, z tego wszystkiego jesteśmy już mądrzejsi o jedno rozwiązanie. W sieci sklepów z popularnym czerwonym insektem:wystarczy w węgierskim nipie opuścić jedną cyfrę a następnie dopisać ją długopisem - i szafa gra:) W taki to fakturowym szale dojechaliśmy do Opatowa. Po drodze odwiedziliśmy zamek Krzyżtopór w Ujeździe - istny raj dla chłopców lubiących chodzić po podmokłych piwnicach. A i wśród nas dwóch takich się znalazło:)
A prawie o zmroku dotarliśmy do pięknego opatowa, gdzie ugościł nas Pan Czesio, na polecenie księdza z Kolegiaty, a Vera ugotowała dla nas pyszną orientalną kolację:)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz