środa, 3 czerwca 2009

Żydowskie wesele .... w dresie

Byłam na żydowskim weselu. W niedzielę. Chociaż jak się głębiej zastanowić to nie wiem czy aż takie bardzo żydowskie to ono było. Owszem był taki baldachim, pod którym stała para młoda, były modlitwy po hebrajsku, było tłuczenie kieliszka w szmatce, panowie w jarmułkach, ale... Wszyscy goście to z polskiego punktu widzenia nie za bardzo ubrani byli na tę okazję. Stał przed nami np. pan w dresie z 3 paskami i w bejsbolówce, rodzina Państwa młodych bez krawatów, jakaś taka rozchełstana, a 90 gości w dżinsach i jak do pielenia ogrodu, a nie na wesele. No owszem było na zaproszeniu zapisane, żeby się ubrać wygodnie. No to się z Amandą ubrałyśmy - w sukienki, co nam się wydało oczywiste. A tu wszyscy zszokowani byli, że tak ładnie wyglądamy! To ci dopiero. Impreza ogólnie była bardzo dziwna. Każdy przyniósł coś do jedzenia i z tego był szwedzki stół, potem jeszcze przed ślubem wszyscy zaczęli jeść tak że nie wiadomo było czy to grill ze znajomymi czy wesele, no a potem były przysięgi i kołysanki śpiewane ładnie przez jedną panią. Miało się wrażenie, że to imieniny u cioci, a nie wesele. Dopiero jakieś 3h potem były tradycyjne tańce węgierskie (albo może żydowskie...), ale grunt, że państwo młodzi zadowoleni byli... bo chyba byli//

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz