Tak się przeważnie kończą nieokrzesane marzenia o wylegiwaniu się nad brzegiem Balatonu. Zostają zmyte rzęsistym deszczem i wywiane z głowy porwistym wiatrem. Miało być słońce, jezioro, błogie lenistwo, autostop. Skończyło się na podróży pociągiem do Lubljany. Z tym że z wysiadką w Székesfehérvár, które przywitało nas gradem. To już się można było załamać. Postaliśmy sobie trochę pod wiatą dworca i postanowiliśmy udać się na tak zwane zwiedzanie orientalne. Wymyślasz, gdzie chcesz jechać. Sprawdzasz pociągi, czytasz na wikipedii co tam jest ciekawego, ale przeważnie nie zdążysz doczytać do końca, bo już musisz biec na pociąg. Zziajany wsiadasz do uroczego środka lokomocji. Szukasz gdzie możesz usiąść nie mając miejscówki i się relaksujesz. Dojeżdżasz do stacji przeznaczenia. Wysiadasz, pytasz się łamanym węgierskim gdzie tu centrum i idziesz w kierunku niedbale pokazanym przez dłoń innego podróżnego. Bez mapy, bez przewodnika, orientując się po drodze czy w danym miesjcu jest coś co wygląda interesująco. Székesfehérvár - ładne miasto, chyba mają duże kwiaciarnie, bo wszystkie pomniki opływały w kwiatowych wiązankach. A pomników to tak że hoho w tym najstarszym mieście na Węgrzech. Jednak ja się uparłam na babę z wozem, którą kątem oka zauważyłam na wikipedii kiedy zamykalam komputer. To chodziliśmy w te i wewte nawołując, aż w końcu poszłam do informacji turystycznej i się pytam, gdzie ta baba. No to pan mi pokazał i już wszyscy byli szczęśliwi. Wartością dodaną tej taniej (500HUF w 1 stronę) wycieczki był węgierski zwyczaj wystawiania tablo licealistów w witrynach sklepowych. Co kraj to obyczaj jak się mówi, ale ciekawe to było.
-

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz