środa, 3 czerwca 2009

In the middle of nowhere






To był cud. Żeby o 16 wyjechać z Budapesztu pociągiem. O 17 być w Érd, dopiero o 17.30 zacząć łapać stopa, żeby dojechać do wioski oddalonej o 200 coś km i to przed totalnym zmrokiem to może się udać tylko takim dwóm wariatkom jak Bogi i ja. W sumie jak tak teraz na to patrzę to się dziwię, że mogło tak łatwo pójść, no ale faktem jest, że jazda na stopa po Węgrzech jest o wiele łatwiejsza niż w Polsce. Wioska jak wioska, nie wyglądała wcale ekologiczną. Bo jak wygląda ekologiczna wioska? Domy, ogródki. Moim zdaniem trochę więcej chwastów. I mnóstwo pokrzyw. Mieszkaliśmy w domu jakiejś fundacji, całkiem za darmo (plus jedzenie - "ekologiczne" nie wyglądało zbyt ciekawie, ale było dobre) w zamian za kilkugodzinną pracę. Pech chciał, że jak się akurat obudziliśmy to lało że hoho. Tak więc wraz z Justinem, Amandą i Bogi postanowiliśmy posprzątać dom, żeby nie wyjść na kompletnych darmozjadów. A padać jak na złość nie przestawało. A że jak wiadomo w czasie deszczu dzieci się nudzą Amanda wykonywała taniec z sierpem, a ja nagrywałam ambitne filmiki z cyklu jaki to rasizm panuje w Dravafok (z Justinem jako oprawcą i Amandą - jako tą ciemiężoną przedstawicielką ciemniejszej kolorystycznie rasy). Wesoło było. Pierwszy w historii wyjazd z etykietą Zofi, na którym było naprawdę super. W końcu jednak trochę popracowaliśmy. Przerzucając jeden stos gałęzi na drugi. Bardzo ambitna ta praca, dzięki wielkim powierzchniowo oparzeniom na naszej skórze nie pozwoliła nam zapomnieć po co tam byliśmy. Następnego dnia dobitnie doświadczylismy co to znaczy próbować się wydostać z małej wsi pośrodku niczego. W akcie desperacji stałyśmy na środku skrzyżowania i łapałyśmy stopa w każdym kierunku, byle out:) Udało się, chyba dlatego, że ciągle jeździły tam te same samochody i w końcu nie mogli już na nas patrzyć:)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz