poniedziałek, 25 maja 2009

A myślałam, że gorzej już być nie może....a to się można zdziwić


To był tak koszmarny dzień że szkoda pisać. Miałam pojechać na farmę. Nie pojechałam. Zostałam za to zwymyślana przez telefon - niesłusznie z polskiego punktu widzenia (z węgierskiego - wręcz przeciwnie). Kazano mi jednak sprzątać. No to posprzątałam tylko po to, żeby później usłyszeć, że powinnam robić wszystko co mi karzą nie ważne czy jest w mojej umówie czy nie. No i że zarabiam tyle co jedna dziewczyna, a pracuję mniej. No to poznałam dziś węgierską definicję wolontariatu - praca przymusowa za pieniądze. Bardzo to ciekawe. A jeszcze bardziej co na to powie Narodowa Agencja programu młodzież jak to usłyszy. No chyba że tym wirusem to już wszyscy są tu zarażeni. A ja głupia nieboga myślałam, żem tu przyjechała czynić pokój i dobro - a ja tu przecież jestem żeby kasę zbijać! I to jaką - na polskie 400zł, a w przeliczeniu na Węgierskie ceny to jakieś 200. Toć ja jak królowa tu żyje. No i jak śmiem mówić, że wolontariusz to za darmo pracuje. A gdzie tam:)! I że jeszcze dobrowolnie i że powinien być doceniany - za takie poglądy tutaj czeka mnie stos i ciężkie tortury. Jedynie mój czeski przyjaciel jest dla mnie pociechą:) No jednak miałam nie jechać na farmę, ale może sie uda. Bogi zgodziła sie ze mną spróbować na stopa dojechać do tej wioski przy granicy z Chorwacją. Przynajmniej już znam jej nazwę. Co prawda wyjeżdżamy dopiero o 16 więc są duże szanse, że dotrzemy tylko do Szekszárd, ale co tam! Witaj przygodo! Żegnajcie ludzie nie rozumiejący co to wolontariat!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz