Wczoraj naprawdę mnie ktoś zaskoczył. A raczej zaskoczyło mnie sporo osób które zorganizowały moją pourodzinową imprezę. Cała intryga była iście ze szpiegowskiego filmu. Rano zadzwoniła do mnie współlokatorka Amanda pytając czy już jestem w BP i zabraniająć mi pod żadnym pozorem sprawdzać naszą skrzynkę zopera, na której dostajemy maile od Zofi. Tak wtedy się domyśliłam, a było to na Margit Sziget kiedy poszukiwałyśmy z Justyną grającej studni. No ale to nie wszystko wracamy do mieszkania i spotykamy Amandę która ciągle powtarza, żebym nie sprawdzała poczty. Podśmiewam się lekko, ale mówię, że ok. No a potem to już całkowicie zostałam wybita z tropu kiedy zadzwonił do mnie Gabor żeby mi powiedzieć, że zmienił mi hasło do poczty i że nie mogę na razie jej sprawdzić, bo są problemy z serwerem! Natrudzili się nieźle. Zapomniałam jednak o tym i poszłam na swój hardcorowy 3godzinny węgierski, na którym oczywiście był test - ma się to szczęście wracając po wakacjach. No ale nic. Potem miałam się zmierzyć z największym problemem czyli porozmawiać z Tunde o naszej Living Library, która jest już w sobotę, a do której ciągle jeszcze brakuje nam książęk! I wszystko przez to, że znowu - o ja głupia- zaufałam węgrom, że coś zrobią. No ale nic przynajmniej Ida załatwiła nam uchodźcę z Afganistanu i razem z ex-księdzem, ex-narkomanem, i dwoma cyganami jakoś to wygląda choć poziom najwyższy to nie będzie. No i jeszcze ta pogoda. Czuję w małym palcu u nogi, że w ten weekend kiedy mamy festival uliczny to będzie lało, że hoho. No ale przynajmniej wczoraj miałam miłą imprezę urodzinową w Tűzraktér z dwoma pysznymi ciastami i bananowymi plackami upieczonymi przez Amandę, którą ciągle powtarzała jaką to jest beznadziejną kucharką (co wcale nie było prawdą, ale miało swój urok). Tak więc jedliśmy sobie to ciasto wokół stołu do piłkarzyków i mile i leniwie mijał czas wśród dobrych znajomych Amandy, Pierra, Francesco, Idy, Tunde, Petera, Willa, Jeremy'ego (który faktycznie spotkał się z Koffi Ananem i mówił, że było ekstra), Csaby, Agi i Gabora (którzy organizują ciekawe wesele na które zamiast prezentów trzeba przynieść jedzenie) i Justina, a potem także i Lajosa (który w Budapeszcie zajmuje się piwem , jak powiedział, tak zrobił i postawil mi piwo). Naprawdę nie spodziewałam się, że może być tak miło. No i specjalnie dla mnie była jeszcze capoeira (wykonana przez Gargo i jego znajomych). Jednym słowem; wow.
-

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz